wtorek, 8 kwietnia 2014

Najgorszy bieg w historii, czyli 41. Dębno Maraton...


Sam nie wiem, jak opisać ten bieg… O ile można nazwać to biegiem… Właściwie źle piszę. Jak opisać wiem, tylko nie wiem, jak do tego doszło. Bo opisać można jednym wyrazem – masakra! Dębińska masakra biegiem maratońskim… Miała być życiówka, była walka o przeżycie. Miał być bieg w trupa, był prawie trup. Jak do tego doszło? Sam nie wiem. Jeszcze nigdy mój organizm nie zbuntował się do tego stopnia. I nie mówię tu o ścianie maratońskiej. To jest do przeskoczenia. Tym razem wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. I gdyby nie fakt, że zależy mi na zdobyciu Korony Maratonów Polskich w ogóle bym nie wybiegł na drugie kółko. Kilka kilometrów już przebiegłem i znam swój organizm, a zaczynając drugie kółko wiedziałem, że będzie rzeź. Tylko nie wiedziałem, że aż taka…

Ale od początku. Do Dębna śmigamy w sobotę z moimi współbiegaczami, z którymi razem zdobywamy koronę, czyli Pawłem i Jackiem. Spokojnie dokulaliśmy, poszliśmy po odbiór pakietów startowych (standard + koszulka - niestety bawełna, ale bardzo ładna + niespodzianka proporczyk z maratonu – zawiśnie u mnie w pracy:)) Expo było minimalne i żele były sprzedawane na 2 czy 3 stolikach. Niestety żeli „Enervit”, które tak sprawdziły mi się tydzień wcześniej, już nie było. Biorę jakiś wynalazek + glukozę, którą już brałem na maratonach. Opuszczamy Pasta Party i jedziemy do Gorzowa Wielkopolskiego na nocleg. Ciut zbyt późno się zainteresowaliśmy noclegiem i nie było nic wolnego w pobliżu. Jak się okazało rano na śniadaniu nie tylko my z biegaczy tam spaliśmy. Wieczorem własne Pasta Party, szykowanie sprzętu i do spania.
W niedzielę rano dojeżdżamy do Dębna jakieś pół godziny przed biegiem. Wciągam ostatnie ciastko owsiane od mojej mamy i śmigamy na start.



Owsiane ciastka mocy mojej mamy :)
Robię sobie rozgrzewkę – wow nie boli mnie stopa naciągnięta na połówkowaniu w Warszawie. Jest super:)



Chwilę oczekujemy na start i w drogę. 

Zaczynam razem z Jackiem, jednak gdzieś po 2 km go gubię. No trudno – jeszcze go dojdę. Pierwsze km wpadają mi w okolicy 5:30–5:32, czyli tak jak chciałem. Biegnie mi się całkiem fajnie. Dużo kibiców naprawdę robi świetną atmosferę. Wiem, że wszyscy tak piszą i może już brzmieć banalnie, ale to miasto naprawdę żyje tym maratonem. Na zakręcie przed 7 km widzę Jacka i myślę sobie, że wcale daleko nie uciekł. Wybiegamy z miasta i lecimy w kierunku wsi Dargomyśl. Gdzieś w okolicach 10 km wciągam pierwszą glukozę i… i zaczyna się droga przez mękę. Mój żołądek momentalnie się buntuje i zaczyna szaleć. Nosz cholera – co jest??? Brałem już glukozę na zawodach i było wszystko ok. Staram się lecieć swoje, ale jest coraz trudniej. A żołądek wciąż do mnie gada… Mimo wszystko staram się wciąż biec dobrze.

16 km – a jednak moja stopa się do końca nie wyleczyła. Naciągnięty w Warszawie mięsień zaczyna się znów odzywać. I mniej lub mocniej czuję to przy każdym kroku już do końca. W tym czasie staram się coś zjeść. Cokolwiek! Niestety przy każdym gryzie czegokolwiek żołądek mnie ostrzega, że jeśli wezmę jeszcze jeden, to się to dla mnie źle skończy. Cholera nie wierzę – banany też nie?!?!?! Cały Poznań przebiegłem na bananach i kostkach cukru i było ok… A mój żołądek ma coraz lepszą zabawę i zaczyna się buntować też na izo… No ok. Akurat tym razem na trasie jest słodka herbata, więc może jakoś będzie. Gdzieś w okolicach 19-20 km mija nas pierwszy zawodnik. Dość deprymujące widzieć, że on kończy w tempie, którego ja nawet na dychę nie mam… Choć mimo przeciwności, jak później sprawdziłem na stronie maratonu, połówkę przebiegam w tempie na wynik 3:58 na mecie.

Wbiegamy znów do Dębna, znów są kibice i jakoś dodają mi sił. Jadę już na oparach i wiem, że będzie źle. I jak pisałem na wstępie, gdyby nie korona w ogóle bym dalej nie pobiegł. Na 27 km punkt żywieniowy, ale brakuje kubków. No serio? Jak można 41. raz organizować maraton i nie umieć obliczyć ilości potrzebnych kubków na trasie. Wolontariusze robią co mogą, by dać nam się napić i leją wodę w nasze ręce. O nich jeszcze kilka słów na końcu, bo byli niesamowici. Na tym samym punkcie mój żołądek pokazuje mi na co go stać i pierwszy raz w historii moich maratońskich startów odwiedzam toi toia. 

Cholera naprawdę się staram biec. Gdy widzę na garminie tempo kolejnych km – powyżej 7 min/km - klnę na czym świat stoi i powtarzam tylko jeden wyraz – żenada. Na 30 km do mojej stopy dołącza łydka i teraz mają wspólną imprezę. I tak sobie kuleje już do mety. Na 31 kapituluję po raz pierwszy w życiu i zaczynam iść. Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. Nawet w Borównie, mimo że byłem już po pływaniu i rowerze i marzyłem o tym, by zacząć iść. Na 33 próbuję coś zjeść. Żelu–wynalazku w ogóle nie tykam, więc zostaje mi szybki strzał „Enervita”, który mi został z Wawy. Po 2 łykach mój żołądek zaczyna się ze mnie śmiać i tylko pyta czy kpię, czy żartuję. I oznajmia, że jeśli wezmę jeszcze jeden łyk, to zadba o to, bym się bardzo szybko odwodnił. Oj wchodzimy na wojenną ścieżkę kolego, ale rozprawimy się później. Na razie chcę tylko ukończyć. Żel ląduje na poboczu, zamiast tego biorę 2 kubki herbaty i dorzucam do nich dużo cukru. Udaje się trochę skubanego oszukać i staram się ukończyć. Poza herbatą tolerował jeszcze pomarańcza. Na orzeźwienie świetne, ale wartości energetycznych w nich za dużo nie ma… Tempo jest już żałosne. Powtarzam sobie, że przecież biegnie głowa, że przecież jestem mocny, że do cholery reprezentuję Smashing Pąpkins!!!!! Pomaga na chwilę, po czym znów odcina mnie totalnie i zaczynam iść.

38 km – chcę umrzeć! Jest mi słabo, czuję się obrzydliwie, wiem, że nic nie jadłem i moje mięśnie zżerają już same siebie. Ledwo człapię, myślami jestem nieobecny. Staram się nie zemdleć – chcę tylko ukończyć. Wbiegamy do Dębna i kibice dodają mi trochę animuszu. Ale za dużo to już ich nie ma… Na ostatnim km mobilizuje się i wydaje mi się, że pędzę jak wiatr wyprzedzając innych. Endo pokazuje 7:12. Jak wiatr? Nawet bryzą bym tego nie nazwał… W końcu upragniona meta i czas 4:41. Jeszcze nigdy nie było gorzej… Czegoś takiego, jak ten bieg się w ogóle nie spodziewałem…

Upragniony medal :)
Jakie refleksje? Sam nie wiem. Sam nie wiem, co się stało, że mój organizm do tego stopnia odmówił posłuszeństwa. Jeszcze nigdy mi się to nie przydarzyło. Ale staram się z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jakie refleksje? Że w nawet najlepszym samochodzie akumulator bez ładowania na trasie padnie. Bez paliwa nie da się jechać. Bez jedzenia nie da się biegać. Niby proste, ale dotarło do mnie z mocą tarana. Jakie refleksje? Potwierdzenie starej prawdy, że maraton to nie są 2 półmaratony… Jakie refleksje? Mam do zdobycia korony jeszcze 2 maratony – Wrocław i Wawę. We Wrocławiu chcę zrobić życiówkę, Wawę przebiec. Nie ukończyć – tylko przebiec. Nie wyobrażam sobie, by Dębno jeszcze kiedyś mogło mnie dopaść… A co potem? 1 może max 2 maratony rocznie. W jakimś fajnym miejscu. Żadnego tak dobrze nie wspominam, jak debiutu w Palmie. A poza tym wolę PMNO, niż uklepywanie asfaltu. Większy fun, większe wyzwanie, większa frajda. No i nie zamierzam odpuścić tri :)

KORONA MARATONÓW POLSKICH vs. JA: 1:3 :)

Dębno przypomniało mi, że bieganie to wymagająca kochanka… Na którą chwilowo jestem wściekły. W tę niedzielę bieg Żnina i postaram się rozpieprzyć system nową życiówką! Jestem po tym maratonie tak zły, że muszę zrobić coś, by wrócić do równowagi…

Kilka słów o wolontariuszach! Byli niesamowici! Chętni do pomocy, robili co w ich mocy, by choć trochę nam ulżyć. Na mecie, gdy tylko odsupłałem chipa, zaraz koło mnie wyrosła dziewczynka mówiąc, że go odniesie. Do siedzącego Jacka podszedł inny wolontariusz z zapytaniem, czy może pomóc przy chipie. Nie wzięliśmy z hotelu bonów na posiłek, ale gdy tylko poprosiliśmy, od razu zjawiły się 3 ciepłe herbaty! Chapeau bas! Takich wolontariuszy nie widziałem jeszcze nigdzie. Przejętych, zaangażowanych, robiących co w ich mocy by tylko pomóc! Bardzo Wam za to dziękuję :)

czwartek, 3 kwietnia 2014

Debiut drużyny Smashing Pąpkins i nowa życióweczka, czyli 9 PZU Półmaraton Warszawski


Do Warszawy wyjeżdżam w sobotę w okolicach południa. Spokojnie dojeżdżam, loguję się na spanie i pieszo idę na basen stadion narodowy odebrać pakiet startowy. Bałem się, że będą tłumy, ale odbiór pakietu odbywa się nad wyraz sprawnie. W pakiecie standardowo numer startowy, chip, koszulka bawełniana, kamizelka do biegania, informator o połówce i troszkę pierdół. Kupuję żele enervit (sprawdziły mi się świetnie – kilka słów na końcu będzie) i wracam do pokoju. Na 17 umówiłem się z Krasusem, Jędrkiem, Pawłem i naszymi kibicami na własne Pasta Party. Spotykamy się w restauracji "Rucola", którą mogę z czystym sercem polecić. Naprawdę pyszne jedzonko. Najważniejszy punkt dzisiejszego dnia, czyli odbiór koszulki "Smashing Pąpkins". Jemy, siedzimy, gadamy i tak nam czas mija. Wieczorem jeszcze na chwilę wychodzę z Pawłem i Jędrkiem i czas iść spać, szczególnie, że w nocy jest zmiana czasu… Kradzieje nam godzinę snu biorą przed startem!! Szykuje strój na bieg i do spania.


Nie byłbym sobą gdybym czegoś nie pokręcił z budzikiem. Na szczęście w tę lepszą stronę, więc budzę się o 6 zamiast o 7… Trochę czasu mi zajmuje ustalenie, jaka tak naprawdę jest godzina… Do dziś nie wiem, jak tego dokonałem, że źle przestawiłem zegarek:)

Wciągam śniadanie i idę na wspólną rozgrzewkę "Smashing Pąpkins". 

Potem depozyt i na start. Jak już pisałem, absolutnie nie wiedziałem, w jakiej jestem formie. Trochę przebimbana zima, która minęła nie wiem kiedy i wyjazd na urlop na ponad 2 tygodnie, gdzie nie było warunków do biegania zrobiły swoje. Zastanawiałem się, czy stanąć z Mańkiem Kargolem, który zającował na 2 godziny i jeśli będzie moc urwać się i zobaczyć co z tego będzie. Koniec końców zdecydowałem się ustawić w zgłoszonej strefie startu i lecieć sam.

W końcu start i zaczynamy:)

Wystartowałem spokojnie i pierwsze 2 km wpadły odpowiednio po 5:37 i 5:31. Znów pojawił się nieznośny ból przednich stron łydek (nota bene nie wiem skąd mi się to bierze…), ale wiedziałem, że w końcu puści. Poza łydkami biegnie mi się rewelacyjnie i tak sobie myślę by trzymać tempo w granicach 5:12 – 5:15 i zobaczyć co z tego wyjdzie. W okolicach 7 km mijają mi łydki (jednak już się trochę znam i wiedziałem, że odpuszczą) i 8 i 9 km wpadają 5:11 i 5:14. 10 km nagle 5:47, choć myślę, że to wina zamieszania na punkcie żywnościowym. Ale przy tym punkcie też miła niespodzianka, bo koleżanka z "Smashing Pąpkins" mnie tam pozdrawia (jak później wyczytałem czekając na koleżankę). Kolejne km są poniżej zadanego tempa i zaczynam wierzyć, że coś fajnego z tego biegu może się wykluć. Spotykam po drodze Avę, gadamy chwilę, jakie plany na bieg i wracamy do robienia swojego :) Teraz to już tylko czekam na Agrykolę! Wiem, że to kluczowy moment tego biegu!!! Przebiegamy przez Łazienki, mijamy bramę i oto i ona! Agrykola! Półkilometrowy podbieg z różnicą wzniesień ponad 25 metrów!!! Biegnę tuż za Avą i, mimo że uwielbiam biegać pod górkę, Ava wystrzeliła jak rakieta! Nawet nie myślałem, by dotrzymać jej tempa, więc spokojnie robiłem swoje. Wyprzedzałem poszczególnych biegaczy i parłem do góry! W końcu szczyt i czuję, że wciąż mam moc!! Czyli zgodnie z założonym planem przyspieszam. 17 km jeszcze powyżej 5 minut, ale 18 i 19 odpowiednio 4:49 i 4:42. 20 km jest najszybszym na całej trasie, bo 4:41! Zaczynam już czuć tempo narzucone po Agrykoli i pomału bym chciał, by ten bieg się już kończył… Już niedługo. Pod mostem Poniatowskiego kibice "Smashing Pąpinks", czyli NKŚ, Bartek – brat Krasusa i jego żona i sam Krasus! Rzut oka na niego i już wiem, że skubany rozpieprzył system i połamał 1:24!!! Chapeau bas!!! Słyszę magiczne „Hassan nak...” i lecę dalej! 
 
Już doskonale wiem, że mam nową świetną życiówkę! Teraz walka toczy się o złamanie 1:50. Na ostatnich metrach już lecę siłą woli! Aż w końcu jest meta! Na 100 metrów przed metą garmin przeskakuje na 1:50, więc przypuszczam, że na złamanie 1:50 przyjdzie jeszcze pora! Mijam metę niesamowicie szczęśliwy!!!! Wiem, że jest dobrze i mam jeszcze cień nadziei, że jest poniżej 1:50. Smsa z wynikiem jeszcze nie ma, więc wchodzę na stronę połówki i sprawdzam swój czas! PROSZĘ PAŃSTWA!!! 1:50:27!!! 

 Zeszłoroczna życiówka z Poznania poprawiona o ponad 5 minut. A wtedy naprawdę dałem z siebie wszystko i dobrze przepracowałem zimą! Nawet nie wiecie, jak mnie cieszy taki progres:)

Czas odetchnąć. Dzwoni Krasus, że wciąż kibicują pod mostem, więc idę do nich. 
I kolejny wielki sukces! Drużyna Smashing Pąpkins w swoim debiucie zajęła 27 miejsce na 95 zgłoszonych drużyn!!! Jest moc!! :)

Spotykamy się wszyscy, pamiątkowa fotka i Krasusy zapraszają na obiad. Po prysznicu jadę do nich i już wiem, że mam nowy wydatek… Zuzka na nowych kółkach wygląda niesamowicie!!! Od jakiegoś czasu już myślę, o kółkach aero, a teraz już wiem, że muszę je mieć :P Czas na powrót do domu!

Było mega!!!! Super impreza!! Świetnie zorganizowana i dobrze rozplanowana. Mimo ponad 12.000 biegaczy na starcie widać doświadczenie orgów. Prawie od samego początku można było biec swoje. Duży wpływ miało to, że grupa zielona, czyli od 1:50 w dół startowała chwilę później. Dzięki temu nie było ścisku na początku.

W ten weekend dalsze zdobywanie Korony Maratonów Polskich, czyli start w Dębnie. Ale ta połówka pozwoliła mi uwierzyć w siebie i czas zweryfikować plany na Dębno. Będę chciał nie tylko ukończyć, ale powalczyć o poprawę życiówki z Krakowa, czyli 3:57:47. Zobaczymy.

Żywienie:
Jak obiecałem kilka słów o jedzeniu. Wieczorem przed snem jedna kapsułka "Salt Stick" i jeden magnez "Enervit". Rano owsianka, jedna kapsułka "Salt Stick", jeden żel przedstartowy "Enervit" na 2 godz przed startem i bidon z napojem "Enervit" na drogę + magnez. Pół godziny przed startem powinienem zjeść drugą przedstartówkę, ale że szału z żołądkiem nie było postanowiłem odpuścić. Na 10 km żel bez kofeiny. Na punktach żywnościowych tylko woda. Nie zmieściłem do kieszeni żelu typu „szybki strzał” tak na 16-17 km i tego trochę zabrakło. Muszę przetestować je na treningach, by wiedzieć czego się trzymać. Ale w końcu po Krakowie znów przekonałem się, że może te żele nie takie złe…
Jest naprawdę dobrze! :) W ten weekend Dębno i zobaczymy co tam zwojuję :)

I jeszcze track z endo:



piątek, 3 stycznia 2014

Debiuty, czyli podsumowanie sezonu 2013 :)

Ale się działo! To był dla mnie dobry sezon. W sumie najlepszy jaki miałem co specjalnie nie dziwi biorąc pod uwagę, że mój pierwszy, który cały przetrenowałem :)

Ale przede wszystkim to był sezon debiutów!
I to zupełnie niespodziewanie, bo części z nich w ogóle na początku sezonu się nie spodziewałem!

Ale od początku.
Zaczęło się od pierwszego debiutu, czyli połówkowania w Poznaniu, czyli sprawdzianem przed Cracovia Maraton. Nabiegałem 1:55:35 z którego to czasu byłem bardzo zadowolony:) I pierwsza życiówka w sezonie :P

Dalej kolejne 2 życiówki, czyli 47:56 w biegu Żnina na dychę i dalej 3:57:47 na Cracovia Maraton, czyli zrealizowanie celu połamania 4 godzin :)

3 życiówki w przeciągu jednego miesiąca :)

Dalej sezon spokojny bez żadnych startów, aż przemknęło mi przez myśl, że może by już w tym roku spróbować się w triathlonie :) I tak też się stało! Debiut miałem na Sławskim Festiwalu Triathlonu na dystansie 0.8 km pływania, 28 km roweru i 6 km biegu. Ukończone w 1:48:40, gdzie znów udało mi się zrealizować plan, czyli połamać 1:50.

Zostałem triathlonistą:)

Niestety przez inne zobowiązania nie udało mi się razem z Piotrem wystartować na Rajdzie Konwalii :(

Kolejnym debiutem była Izerska Wielka Wyrypa, czyli mój pierwszy Pieszy Maraton na Orientację na dystansie 50 km. Jak ja się tam niesamowicie bawiłem. Impreza naprawdę zasługuje na miano kultowej. I gdy tylko będę mógł chcę tam wracać :)

Przed startem w IWW :)
Ale największym debiutem sezonu było Borówno, czyli Panasonic Evolta Triathlon na dystansie 1/2 Iron Man! Zostałem połówką człowieka z żelaza :) A, że już po Sławie się w tri zakochałem przyszły sezon będzie bardzo triathlonowy :)

Zostałem Half Iron Manem :)

Później już niestety było gorzej. Najpierw kontuzja wyłączyła mnie na 2 tygodnie z treningów, a tuż po tym zapalenie oskrzeli, przez co niestety musiałem odpuścić Maraton Warszawski... Przekonałem się, że organizm czasami jednak może mieć dosyć i należy wtedy odpuścić... Wciąż chce zdobyć Koronę Maratonów Polskich, więc ten start czeka mnie w tym roku.

Na szczęście udało mi się ukończyć Maraton w Poznaniu. Czas daleki od życiówki, ale dla mnie rewelacyjny jak na moje ówczesne możliwości. Starczy powiedzieć, że miałem tylko jeden trening na 9 km przed, a wcześniej ponad miesiąc bez startów...
Cała trójka na mecie!
Nie można też zapomnieć, o niesamowitej imprezie NBR TRAIL GAMES zorganizowanej przez Grześka z Natural Born Runners :)

Z Krasusem i Marcinem przed startem :) Tam tez poznałem Bormana :)


Dalej był Jaszczur, czyli PMNO na 25 km i Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu. Nota bene świetna impreza :)

Moja kolekcja medali dość się przez ten sezon powiększyła :)
Trochę statystyk, ale tylko od czerwca, czyli odkąd dorobiłem się garmina i zacząłem używać endomondo:

- przebiegnięte - 596 km,
- przejechane - 1025 km,
- przepłynięte - 5 h 38 min.

A ogólnie na treningach od czerwca spędziłem 141 h i 53 minuty. I wiecie co? Absolutnie zdaje sobie sprawę, że to za mało!!! Ten sezon chce przepracować dużo mocniej!!!

No właśnie. I doszliśmy do kluczowego punktu co będzie w tym sezonie! A będzie się działo :) Jak już pisałem na FB będzie ogień!!! A więc:

LUTY
- być może Śnieżne Konwalie :)
MARZEC
- 30 III - połówkowanie w Warszawie
KWIECIEŃ
- 6 IV Maraton Dębno
- 13 IV - bieg Żnin na 10 km
MAJ
10 V - Ultramaraton `GWiNT Ultra Cross` na 55 km
CZERWIEC
1 VI - Triathlon Sieraków - 1/4 Iron Mana
14 VI - Triathlon Płock - Sprint
20-21 VI - Rzeźnik
LIPIEC
6 VII - Triathlon Szczecin - 1/4 Iron Mana
19 VII - Triathlon Sława - sztafeta
27 VII - Triathlon Poznań - 1/2 Iron Mana
SIERPIEŃ
2 VIII - Rajd Konwalii
16 VIII - tu miałem dylemat między IWW a Tour De Tri w Pile, ale padło na Izerską :)
30 VIII - Tatraman - dystans zbliżony do 1/2 Iron Mana - jeśli uda się zapisać
WRZESIEŃ - dalsze zdobywanie Korony Maratonów Polskich
14 IX - Maraton Wrocław
28 IX - Maraton Warszawa
Być może jakieś PMNO w październiku
A sezon zakończę tak jak w tym roku Półmaratonem Świętych Mikołajów w Toruniu.

Wiem, że jest w tym planie startowym kilka niewiadomych, więc jest możliwość, że będzie się na bieżąco zmieniał :) Niewątpliwie największym wyzwaniem na ten sezon jest Rzeźnik i Tatraman :)

Z kim i gdzie się będę ścigał??? :)

Sezon też zakończył się pewną niespodzianką :)
Zmieniłem rower na niesamowitą vento 3.0 :)

Pierwsze treningi mamy już za sobą i jest boska :) A Kajtek został w rodzinie i będzie teraz służył mojemu tacie :) 3.0 jeszcze nie ma imienia, więc może jakiś mały konkursik?! :)

To był naprawdę dobry sezon :)

sobota, 2 listopada 2013

Z pasji do biegania, czyli NBR TRAIL GAMES!

Cóż tam się nie działo!! Bieganie, znajomi starzy i nowi, przepyszne jedzonko, rozmowy, spotkania!! EHHHH! Niesamowita impreza!

Niestety z nadmiaru obowiązków nie miałem czasu wcześniej napisać relacji. Choć wiedziałem, że po relacji Krasusa nie będzie już nic do dodania:)

Jak się tylko dowiedziałem o NBR TRAIL GAMES wiedziałem, że muszę tam być! Miała to być kameralna impreza, więc limit miejsc wynosił 20 osób! Jak się później okazało nie tylko ja tak pomyślałem i zanim się zorientowałem już było po zapisach! Miałem nadzieję, że z listy rezerwowej uda się dostać i na całe szczęście tak się stało:)

NBR TRAIL GAMES było imprezą zorganizowaną przez Grześka z Natural Born Runners. Nota bene nie znam lepszego sklepu z rzeczami do biegania i lepszego podejścia do klienta:) Za każdym razem jak coś tam kupowałem byłem profesjonalnie obsłużony i świetnie mi doradzono. Swoją drogą właśnie NBR ufundował nagrodę w konkursie, o którym już wkrótce:)


Pomysł był prosty! Kompilacja wszystkiego, co w bieganiu najlepsze! Najpierw szybka 5.5 km płaska pętla wokół Malty, potem 7.8 km trailowego biegania po niesamowitej trasie, a na koniec bieg na orientację na trasie około 4 km.

Na Polanę Harcerza przyjechałem nieco spóźniony, ale na szczęście start się opóźnił. Przywitałem się z Krasusem, NKŚ, Marcinem Kargolem, którego poznałem na IWW. W końcu udało mi się poznać Bormana. Super:)

Przed startem :)
Z Krasusem i Marcinem Kargolem
W końcu wystartowaliśmy:) Pierwszy km w 4:35! Dżizas co to jest za tempo?!?!?! Ja tak szybko nie biegam, a tutaj biegnę na ostatnim miejscu i jeszcze wszyscy mi odbiegają! Już wiedziałem, że będzie ciężko:) Ciut zwalniam i trzymam tempo koło 5 min/km. Ciężko mi się biegnie - daleko mi do formy, jaką miałem przed kontuzją. Pierwsza piątka wokół Malty mija dość szybko i już znowu jestem na Polanie Harcerza, gdzie był start i meta. Przebiegam przez start, łapię kubek z wodą od NKŚ i lecę dalej. Tutaj zaczyna się to, co na tej imprezie było najlepsze, czyli trasa trailowa! Jak tam się biegło! Nie dość, że trasa była wyznaczona i poprowadzona przez naprawdę piękne okolice, to polska jesień domalowała swoje kolory i dopełniła całości! Swoją drogą nie wiedziałem, że prawie w centrum Poznania może być tak pięknie!


Na trasie w newralgicznych punktach były osoby, które pokazywały gdzie biec. Mijam jedną z nich i mówię, że jestem ostatni, na co słyszę, że za mną jeszcze ktoś biegnie! Mocno się zdziwiłem! Poznaję Łukasza i biegniemy razem. Trzymamy tempo koło 5:30 - 5:45, czyli moje tempo, gdy mogę spokojnie i długo biegać. Gadamy o bieganiu, sporcie aż nagle wybiegamy na asfalt, gdzie spotykamy dziewczynę, którą starałem się dogonić od samego startu. Okazało się, że gdzieś się zagadaliśmy i pogubiliśmy. Szybki telefon do Grześka i już wiemy, że musimy wracać. Ciut przez to nadrobiliśmy. Dalej napieramy w trójkę. Na końcówce II etapu moi współnapieracze trochę mi odbiegają, ale dołącza do mnie Borman i chwilę biegniemy razem i gadamy:)

Gdzieś na trasie :)
Kończymy etap II, dostajemy mapy i dalej w drogę. Pierwszego punktu długo szukamy, potem już idzie lepiej! Między punktami 3 i 4 jest rzeka i zastanawiamy się, czy nie lecieć przez wodę! Na szczęście odpuszczamy, a na mecie się okazuje, że dobrze zrobiliśmy, bo był to obszar, na który nie wolno było wchodzić! Małe mam doświadczenie w BnO i to dało się odczuć! Skala mapy jest jednak ważna i po Izerskiej cały czas miałem wrażenie, że biegnąc drogą sporo nadrobimy... Ale tam było 50 km, a tu 4... i obiegnięcie jakiegoś punktu zajmowało naprawdę chwilę...Już na mecie się okazało, że 4 punktu nie udało nam się namierzyć. Zbieramy kolejne punkty trochę lecąc drogą, trochę napierając na azymut. Przy 11 punkcie znów błąd i musieliśmy się cofnąć. W końcu już prosto na metę i wbiegam jako przedostatni:) A praktycznie wbiegamy w trójkę razem z Agatą i Łukaszem:)

I w końcu czas na delektowanie się wege przekąskami przygotowanymi przez Bormana i Olę! Ale mi smakowało:) A zupa dyniowa wymiatała:) Menu było takie:


Podsumowując dawno się tak dobrze nie bawiłem biegając! Nakulałem ponad 20 km, głównie przez błędy popełnione z mapą...
Pomysł na imprezę, realizacja i zaangażowanie na najwyższym możliwym poziomie! Spotkanie ze starymi znajomymi, poznanie nowych, przepyszne jedzenie, zabawa! Jak ja się cieszę, że mogłem tam być:) I całe szczęście będą kolejne edycje! Następna może już zimą:)

I klasycznie track z endo!

sobota, 19 października 2013

O potędze umysłu, czyli 14. Poznań Maraton!!!

Ile razy słyszeliście w życiu, że przebiegnięcie maratonu to kwestia głowy? Że po 34 km już tylko głowa biegnie? Pamiętacie ten kawałek mojej relacji z Krakowa: "Słyszę obok siebie: "Tato proszę Cię biegnij sam" i odpowiedź "Wbiegamy na metę razem córeczko!! Pamiętaj, że teraz już biegnie tylko głowa"!!!"!! To wszystko prawda! To wszystko naprawdę absolutna prawda! Poznań Maraton przebiegła u mnie tylko głowa, bo ciało było absolutnie nieprzygotowane na taki wysiłek! Po miesiącu bez biegania stanąłem na starcie biegu po którym absolutnie nie wiedziałem czego mam się spodziewać! Miałem naprawdę mieszane uczucia i tremę przed tym biegiem!

Czy dam radę?
Plan na ten bieg był prosty! PRZEBIEC! Nic więcej mnie nie interesowała niż to żeby się zameldować na linii mety! Poza tym chciałem mieć z tego biegu fun, chciałem się nim bawić, bawić się z kibicami, cieszyć się tą niesamowitą biegową atmosferą jaka jest w trakcie maratonu!!! Do Poznania pojechałem już w piątek i jako, że nie liczyłem na nic podczas tego biegu złamałem chyba wszystkie biegowe przykazania... :P Na 2 dnia przed się nie wyspałem jak przykazano, a w sobotę spotkaliśmy się wszyscy na Starym Rynku, wypiliśmy kilka piw i czas było wracać do Młodego na noc. 

W niedzielę rano pojechaliśmy z Młodym na Targi, gdzie był start i meta. Z chłopakami umówiliśmy się koło zająca na 4:30 (taki czas sobie zaplanowaliśmy). W międzyczasie spotykam Jędrzeja, którego poznałem na IWW. Gadamy, a nagle pojawia się Jacek i po chwili Paweł! Jędrzej idzie się ustawić bardziej z przodu a my zostajemy, gdzieś pomiędzy zającem na 4:00, a 4:30 :)

Start z fajerwerkami był naprawdę niesamowity!

Założenie było, żeby ukończyć w 4:30, więc średnie tempo biegu 6:23, czyli masakrycznie wolno... Po cichu liczyłem na to, żeby nie ukończyć tego biegu gorzej niż debiutu w Palmie, czyli 4:20:07. Nota bene jutro będzie tam kolejny maraton, a ja żałuję, że mnie tam nie ma! Klimat tego biegu + pogoda + Palma de Mallorca robią niesamowite wrażenie i każdemu z szczerym sercem polecę ten bieg! Wystartowaliśmy. Pierwszy kilometr 6:18, więc mniej więcej tak jak miało być, a później już tylko szybciej. 3 kolejne wpadły identycznie po 5:55, a później w granicach 6:00. Szybciej niż miało być, ale naprawdę dobrze się Nam biegło. Oj ciasno było na początku! Biegniemy i nagle widzimy Naszych kibiców, czyli Martę, Anię i Karola. Machamy im tylko z daleka i płyniemy dalej z tłumem. Nagle widzimy Szymona, kumpla ze Żnina - też między innymi Nas dopinguje:)

Gdzieś koło 10 km zaczyna się robić luźniej, a ja czuję, że nie spisałem się z sudocremem tym razem i zaczynam mieć pomału otarcia... Dzwonię do Młodego (pierwszy raz wziąłem telefon na bieg, gdyż nie wiedziałem, czy się nie poskładam gdzieś na trasie i chciałem móc zadzwonić by mnie ktoś pozbierał) na którym km będzie bo potrzebuję sudocrem i słyszę, że dopiero w okolicach 35... No ok do 35 będę już tak poobcierany, że mi już nie zależy i mówię, żeby odpuścił! Biegniemy dalej! Wolne spokojne tempo, biegniemy i gadamy, cieszymy się tym biegiem - o to właśnie mi chodziło! W międzyczasie jeszcze 2 razy pojawiają się Nasi kibice i dodają sił:) Jeździli za nami specjalnie tylko po to żeby Nam kibicować!:) A po moim telefonie, że co to ma być za cichy doping i to bez pomponów jak następnym razem ich mijaliśmy były i pompony z szalika zrobione:) 18 km wpada jako najszybszy w ciągu całego biegu, czyli 5:44. Zdecydowanie szybciej niż zakładane tempo, ale wciąż jest fajnie! Zespoły muzyczne (szczególnie kapela mnichów - ale dali czadu!!!) i kibice dodają sił! A propos kibiców! Kurde to jaką atmosferę stworzyli to się w głowie nie mieści! W porównaniu z Krakowem to jak dzień do nocy! Poznaniacy naprawdę tłumnie wyszli na ulicę, dopingowali wszystkich, poprzynosili trąbki, garnki, pokrywki i co tylko jeszcze komu wpadło do głowy! Cały czas się uśmiecham, klaszczę, przybijam piątki z dziećmi na trasie! NIESAMOWICIE!

Tak sobie biegnąc mijamy półmetek i biegniemy dalej! Na 28 km zaczyna się najnudniejszy kawałek, czyli powrót do miasta ulicą warszawską. Nudna dwupasmówka, dodatkowo beż żadnych kibiców! Zaczynam czuć, że odpadam... Chłopacy mi odbiegają, a ja zaliczam coraz wolniej kolejne kilometry... 6:36, 6:58, 6:20... Zaczynam się zastanawiać, czy dam radę! Toż to przecież jeszcze około 12 km... Sięgam po telefon, właściwie sam nie wiem czemu i widzę wpis Krasusa na moim fanpejdżu: "02:11:02 na półmetku, ogieeeeń!". Myślę sobie, że kurde tyle ludzi mi kibicuje, a ja daję dupy... I wtedy dostaję mesa, który dodaje mi sił! Już wiem, że muszę ukończyć ten bieg!!! Po prostu muszę! Nogi przestają mnie boleć, albo raczej mózg odcina poczucie bólu i zaczynam gonić! Wyprzedzam kolejnych biegaczy i nawiązuje kontakt z Jackiem i Pawłem. Kolejne km w 5:54, 6:02 i 6:09! Doganiam chłopaków i lecimy razem dalej! W końcu kończy się warszawska i dobiegamy do ronda Śródka, gdzie skręcamy w ulicę Podwale! Biegniemy pomiędzy kibicami, którzy tutaj stoją na asfalcie i tworzą szpaler! Niesamowite uczucie! Biegniemy dalej razem, i dobiegamy do ulicy Serbskiej, gdzie jest naprawdę spory podbieg! Znów zaczynam czuć nogi... 


Znów chłopacy mi odbiegają... Zauważam Młodego na rowerze. Podbiegam do niego i mówię, że nic nie potrzebuję. Kolejne km w 6:38, 7:42 (mój najwolniejszy km na trasie...) i 7:30. Młody mi krzyczy, że chłopacy są jakieś 150-200 metrów przede mną...

Muszę się skupić! Muszę się zmobilizować! Muszę nakurwiać! Po prostu muszę ukończyć ten bieg! Jestem już tak blisko! Ogarniam się, myślę, że mam dla kogo biec i znów głowa odcina mi uczucie bólu! Kolejne km w 5:58, 5:51 i drugi najszybszy km na trasie, czyli 40 km w 5:45!! Wyprzedzam naprawdę sporo biegaczy, Dochodzę chłopaków i już wiem, że ukończymy ten bieg razem!


Kolejny punkt żywnościowy...


... i moje nowe odkrycie! Kostki cukru!!! Dają naprawdę sporo mocy, łatwo się rozpuszczają, wystarczy popić tylko odrobiną wody! Super! Wchodzą od dzisiaj do rzeczy, które na pewno będę jadł na trasie! A propos odżywiania napiszę jeszcze kilka słów na koniec!

Zostały już raptem około 2 km i biegniemy już razem. Pod wiaduktem na Pułaskiego znowu jest kapela mnichów, dodają sił i biegniemy dalej.

Miał być fun i był :)
Blisko mety zauważamy Magdę - Pawła córkę! Też Nam kibicuje, a my już zmierzamy wprost do mety! 



Ilość kibiców na mecie jest naprawdę niesamowita! I tych Naszych osobistych i ogólnie. Znów widzimy Szymona, biegniemy ramię w ramię i równiutko co do sekundy przekraczamy linię mety! :)

UDAŁO SIĘ!! Czas nie jest powalający, bo wyszło 4:21:57, czyli jednak nieznacznie, ale jednak gorzej niż w Palmie... Gdyby nie te 2 kryzysy, które mnie złapały... ale nie ma co gdybać! Najważniejsze, że się udało! Jeszcze kilka godzin wcześniej brałbym taki wynik w ciemno!

Odbieram folię i medal i rozglądam się za kimś znajomym!


Zauważam Młodego i do niego podchodzę, chwilę gadamy, aż w końcu zauważam osobę dla której udało mi się ten dystans pokonać! Pomimo zmęczenia podbiegam i cieszymy się razem:) W międzyczasie dołączają do Nas Jacka sąsiedzi, którzy przyjechali specjalnie dla Nas z transparentem :)


Na mecie jest gorąca herbata, która smakuje jak nigdy:)


KORONA MARATONÓW POLSKICH vs. JA: 1:2 !! Znów jestem na prowadzeniu:) A w Dębnie zamierzam wyjść jeszcze bardziej na prowadzenie a do tego rozpieprzyć system i połamać 3:45! Wiem, że będzie ciężko, ale dam radę! Cała zima przebiegana plus treningi na trenażerze i będzie nowa piękna życióweczka:)

Dla wnikliwych track z endo :)




We wpisie o wycofie z MW rozpisywałem się o możliwościach ludzkiego ciała. O tym, że wystarczy tylko chcieć, a można je dowolnie wytrenować! Po Poznaniu już wiem, że ciało to nic w porównaniu z tym co może zrobić głowa! Po moich poprzednich startach wiedziałem, że psychicznie jestem dość mocny. Ale tym razem pobiegła tylko i wyłącznie głowa! A w momentach, gdy ciało chciało się poddać blokowała odczucie bólu i mogłem biec dalej! Niesamowite:)

Obiecałem kilka słów o odżywianiu. Po Krakowie mam wielki uraz do żeli. Zdaje sobie sprawę, że ten koszmarny skurcz żołądka jaki miałem na mecie w Krakowie wcale nie musiał mieć nic wspólnego z żelami, ale już tak jest z urazami, że nie muszą mieć żadnych konkretnych podstaw... Mam i już! Co prawda miałem je ze sobą na trasie tak jakby co, ale nie zjadłem ani jednego. Za to na każdym punkcie piłem powerade, wodę i jadłem banana, a później jeszcze cukier i pomarańczę! I w zupełności mi to wystarczyło. Spróbowałem też czekolady, ale ciężko mi było ją pogryźć i mnie trochę zamuliła, więc dla mnie to jest kiepska opcja na bieg. A przed startem owsianka zrobiona przez Młodą i kawałek bormanowego batona o których się już w tylu superlatywach rozpisywałem, że nie ma już nic do dodania:)

Strój:
- czapka Nike,
- szczęśliwa koszulka Adidasa, którą mam na każdym biegu,
- spodenki kompresyjne CEP - nowy nabytek i spisały się znakomicie,
- opaski na łydki CEP,
- buty Brooks Pureflow,
- garmin FR 310 + czujnik tętna.

A co dalej? W połowie listopada chcę się wybrać na Jaszczura, czyli kolejny start na orientację i obowiązkowo 8 grudnia Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu:)

I jeszcze na koniec w ramach przypomnienia Wielki Wyścig dla Bartka wciąż trwa! Tym razem do wygrania są 3 damskie  kurtki NEWLINE IMOTION RUFFLE JKT! Zasady są takie same jak wcześniej, a po szczegóły odsyłam do blogów Krasusa, Bo i Wybieganego:)

czwartek, 10 października 2013

Start, którego nie było, czyli 35. PZU Maraton Warszawski

NIENAWIDZĘ przegrywać! Mam do tego chroniczną awersję! A tym razem przegrałem! A co gorsza nie z samym sobą na trasie, bo znam się już na tyle, że wiem, że jeśli zaczynam, to muszę ukończyć. Przegrałem z własnym organizmem. Na początku głupio nabyta kontuzja uda wykluczyła mnie z treningów na prawie 2 tygodnie. Krioterapia jest jednak naprawdę skutecznym narzędziem rehabilitacji. I gdy już miałem wracać do treningów, przypętało się najpierw przeziębienie, a potem zapalenie oskrzeli... Długo, oj długo, zastanawiałem się, czy jechać na MW, czy odpuścić, ale koniec końców zrezygnowałem... Ciężka to była decyzja, ale teraz już wiem, że słuszna! Wizja zapalenia płuc, albo zapalenia mięśnia sercowego, w co oskrzela by się mogły przerodzić przy takim wysiłku, jakim jest maraton, jednak podziała na moją wyobraźnię...

Ludzkie ciało jest niesamowitym mechanizmem. Gdyby ktokolwiek 1.5 roku temu powiedział mi, że będę miał ukończone półmaraton, 2 maratony, half iron mana i kilka mniejszych biegów popukałbym się w czoło i wrócił do picia piwa :) Teraz już wiem, że chcieć to móc! Wystarczy impuls, by się ruszyć, a potem już idzie! Odrobina dyscypliny, samokontroli i można osiągnąć coś naprawdę dużego. A moje wyniki są dla mnie naprawdę czymś wielkim! Na polepszenie czasów i zwiększanie dystansów przyjdzie jeszcze czas! Póki co jestem szczęśliwy z tego, co już osiągnąłem! Ale pomimo możliwości, jakie ma nasz ciało, trzeba czasami odpuścić i się w nie wsłuchać! Wtedy możemy być spokojni, że nie przesadzimy i nie zrobimy sobie krzywdy!

Wracając do Warszawy - miała być niesamowita życiówka, pierdolnięcie i bieg w trupa! Miał być ból, łzy i walka z samym sobą, by przebiec metę rozpieprzając system! A był kac i gapienie się w monitor, jak idzie chłopakom! W poniedziałek wróciłem do gry! Pierwszy trening od ponad 3 tygodni nie wypadł tak źle, jak myślałem! Było nawet zadziwiająco dobrze! 

Wciąż mam wątpliwości, czy uda mi się ukończyć Poznań! W każdym razie mogę obiecać jedno! Widzimy się na starcie i dam z siebie wszystko, by dobiec! Bez życiówek, bez biegu w trupa, bez rozpieprzania systemu! Chcę mieć z tego biegu fun, chcę się nim cieszyć, chcę się cieszyć atmosferę tego biegowego święta, chcę się bawić z kibicami i przebiec obojętnie w jakim czasie! Każdy doping na trasie się liczy, więc przybywajcie i kibicujcie:)

KORONA MARATONÓW POLSKICH vs. JA: 1:1 !!

Już w niedzielę zamierzam znów wyjść na prowadzenie:) A potem spokojne treningi by się przygotować do Dębna i następnego tri-sezonu! A w między czasie mam nadzieję, że uda się zaliczyć jakieś jesienne PMNO :)

piątek, 6 września 2013

Jak zostałem Half Iron Man, czyli Panasonic Evolta Triathlon Borówno 2013

Noga za nogą, noga za nogą, noga za nogą - takie myśli mi towarzyszą na ostatnim kółku biegania... Reszta myśli, które mi towarzyszą absolutnie nie nadają się do cytowania no blogu! Jeszcze tylko kilometr! TYLKO 1 KM!!! Przecież to tyle co od Jacka domu do mnie! Tak blisko! Nie za bardzo wiem co się wokół mnie dzieje! W końcu widzę stadion! Już tak blisko! Już wiem, że mi się uda! W końcu Wbiegam na stadion...

Ale od początku. O moich marzeniach z tri pisałem już w relacji z Sławy, więc nie będę się powtarzał! Borówno jest ostatnim tri w sezonie i do tego bardzo blisko domu, więc ze względu na Izerską i inne zobowiązania wybór padł na ten tri. Zalogowałem się bardzo późno, bo dopiero 30 lipca, więc niestety musiałem płacić koszmarne wpisowe - 450 złotych :( Mówi się trudno... chcesz być połówka Iron Man w tym roku to płać.

Do Bydgoszczy przyjeżdżam chwilę przed odprawą techniczną. Dzwonię do Krasusa, czy już jest. Też już jest, więc chwilę później witam się z nim i NKŚ. Idę się zalogować i na odprawę techniczną. W Borównie pierwszy raz w tym roku były 2 strefy zmian. Jedna w Borównie po pływaniu, a druga na Zawiszy po rowerze. Słucham tego wszystkiego i strasznie skomplikowanie to brzmi... Zobaczymy jak to będzie. Po Zawiszy do Borówna, Kajtek zostawiony w strefie zmian. Mam luz do jutra.. Jadę na własne pasta party i do Mateusza. Szykuje sprzęt na jutro, siedzimy gadamy, pijemy piwko... Pomału czas iść spać...

Wstaję rano. Oj Boże stres to ja mam... Robię sobie owsiankę i ledwo pół zjadam... Nie jest dobrze. Szykuję izo i vitargo, bormanowe batony i żele. Mateusz mnie zawozi do Borówna. Na miejscu spotykam się z Młodym i Luizą, czyli ekipą z Blogów z podróży. Robota jaką odstawili przy zdjęciach i relacji na żywo rozkłada na łopatki:) Sprawdzam opony w Kajtku i pomału się szykuje! Zakładam piankę, zdjęcie z Krasusem i idziemy na start.






Skupienie przed startem i jednocześnie obawa jak to będzie...





W między czasie okazuje się, że start jest opóźniony bo tak wieje, że boja opłynęła! W końcu wszystko naprawione i ruszamy...





Ustawiam się na samym końcu, bo dobrze wiem, że z moją krytą żabką nie mam na pływaniu o co walczyć. Kurcze, ale wieje... Płynę sobie, a wszyscy coraz dalej ode mnie...

PŁYWANIE - 1.9 KM

Pływanie składało się z dwóch kółek. Po pierwszym był wybieg z wody, nawrotka przy bojce i znowu do wody na kolejne. Pierwsze kółko jakoś poszło i do wody na kolejne...



Zakręt przy pierwszej bojce i dalej... Ale mi już jest zimno... Zaczynam mieć dreszcze... Cały się trzęsę... Plus zaczynają mnie łapać skurcze w nogach... Staram się mocniej pracować rękami, a nogami delikatnie ale mało to daje... W pewnym momencie odpycham się tylko lewą nogą... Prawą ciągnę tylko za sobą z obawy by mnie nie złapał skurcz z którym nie dam sobie rady... Szybko mam już dość tego tri... Zaczynam poważnie rozważać myśli o wycofie... Skupiam się i płynę dalej. Kolejna bojka i już w kierunku brzegu. Cholera, ale ten balon SOLANO jest daleko... W końcu do niego dopływam i wybiegam z wody!!! Młody mi krzyczy, że jeszcze 3 osoby są za mną, czyli jednak nie jestem ostatni:P Na pływanie garmina założyłem tym razem na rękę, więc nie wiem ile przepłynąłem. Biegnę do T1.


PŁYWANIE - 1:15:37 - czyli żenada... Choć już w szatni po zawodach dowiaduje się, że pływania nie było 1.9 km, tylko około 2.4 km, bo jedna z bojek postanowiła iść sobie popływać...

Wybiegam przed T1 i widzę Ostrego! Dzięki Chłopie, że chciało Ci się przyjechać! Twoja obecność mi dała nowe siły!

T1

Tym razem poszło całkiem sprawnie. Ściągam piankę, skarpetki, SPD-ki, kask i w drogę! Pierwsza strefa zmian w  5:41 min.

ROWER

Zaczynam jechać! Kurde, ale mi zimno... Do tego bardzo mocno wieje, a mnie tak bolą ręce, że nie wiem, jak kierownicę złapać by mniej bolało. W międzyczasie gubię jednego batona, drugiego łapię dosłownie w locie i wkładam do kieszeni w stroju. Zakręt w kierunku Kotomierza, nawrót i już na Bydgoszcz. Zaczynam schnąć, więc od razu robi mi się cieplej. Sprawdzam średnią i żenada - 26 km/h... Zaczyna mi się fajnie jechać. Co prawda wieje jakby się wściekło, ale zaczyna być fajnie:) Ale mi się sikać chce... Analizuję sytuacje i dochodzę do wniosku, że przy stracie z wody jaką mam nie ma sensu sikać po triathlonowemu tylko normalnie się zatrzymam. Nawrót w Bydgoszczy i wracam do Borówna. Jedzie mi się coraz lepiej, wyprzedzam kolejnych zawodników i dość szybko jestem znowu w Borównie. Kończę pierwsze kółko i wjeżdżam w strefę bufetu. Niestety nie łapię bidonu z colą i ląduje on na ziemi.



Odpuszczam i jadę dalej, a nagle po nawrocie Młody do mnie dobiega i podaje mi ten nieszczęsny bidon:)

Drugie kółko równie fajnie mi się jedzie. Wciąż wyprzedzam i tak sobie liczę w ile mogę rower ukończyć i sam się zaczynam dziwić swojemu tempu... Niestety na drugim kółku znowu pęcherz daje mi znać o sobie i znowu się zatrzymuje... Kolejny nawrót w Bydgoszczy, wciągam drugiego bormanowego batona i jadę dalej. Kurcze ile te batony mocy dają!

Kolejny raz w Borównie, kolejna cola i już ostatni raz do Bydgoszczy. No cholera znowu mam sikać... Ile można?!?!?! Kolejny postój i już do T2.



ROWER W 3:15:37!!! I awans o 40 miejsc. Jestem mega zadowolony! Na rower liczyłem ponad 3:30,a tu z tyloma postojami wykręciłem koło 20 min krócej niż chciałem:)

Mega dużo dobrego zrobiły nowe opony! Conti GP 4000S są naprawdę niesamowite!

T2
Zmiana SPD-ków na buty do biegania, kasku na czapkę i czas w drogę! Paweł i Jacek krzyczą do mnie! Fajnie, że chciało im się przyjechać. Cholera garmina zostawiłem przy rowerze! Tylko gdzie jest Kajtek! Przy wejściu do T2 oddałem go wolontariuszce! Wszyscy krzyczą do mnie, że nie tam gdzie biegnę jest wyjście z strefy! No wiem cholera tylko gdzie Kajtek. Wolontariusze szybko pomagają mi go namierzyć, przepinam garmina i w drogę! Łączny czas T2 - 2:38 min!


BIEGANIE

Jezu jak mi się biegnie! Łydka mega podaje, czuje się totalnie świeżo! Zasuwam ile mogę! Patrzę na chwilowe tempo na garminie - 5:10, 4:58  - cholera mega za szybko jak na mnie! Ale naprawdę świetnie mi się biegnie! Kończąc pierwsze kółko widzę Młodych i moich rodziców! Krzyczą, dopingują:)



 Wbiegam na stadion, Bartek Krasoń z żoną mi kibicują, gdy przebiegam koło mety. Pytam czy Krasus już ukończył i krzyczą, że zaraz będzie na mecie. Dostaję opaskę na rękę i szczerze mówiąc początkowo zupełnie do mnie nie dociera po co ona... Ale zakładam na rękę i dopiero po chwili do mnie dociera, że tak liczą ilość okrążeń...

Drugie kółko już nie było taka sielanką... Zaczynam czuć wysiłek, który już miałem wcześniej i już wiem, że przeszarżowałem na początku biegu... Staram się nie zwalniać, ale jest już kiepsko...

Kończę drugie kółko, obiegam stadion, punkt żywieniowy i biegnę dalej.


Wybiegam z stadionu i przebiegam obok rodziców. Tata mi się pyta czy dam radę i zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie wiem! Muszę naprawdę średnio już wyglądać. Rozglądam się za Pawłem i Jackiem, bo chcę by jeden z nich pobiegł to ostatnie kółko ze mną i mnie podciągnął. Nigdzie ich nie ma, więc lecę sam. Tempo jest już żałosne. Marzę o tym by przejść do chodu. Ale wiem, że jeśli choć przez chwilę zacznę iść nie zmuszę się już do biegu... Więc biegnę dalej...
Noga za nogą, noga za nogą, noga za nogą - takie myśli mi towarzyszą na ostatnim kółku biegania... Reszta myśli, które mi towarzyszą absolutnie nie nadają się do cytowania no blogu! Jeszcze tylko kilometr! TYLKO 1 KM!!! Przecież to tyle co od Jacka domu do mnie! Tak blisko! Nie za bardzo wiem co się wokół mnie dzieje! W końcu widzę stadion! Już tak blisko! Już wiem, że mi się uda! W końcu Wbiegam na stadion...

META! W końcu widzę metę!



 I już jest! ZOSTAŁEM HALF IRON MAN!!!! Wygrałem sam z sobą i z swoimi słabościami! Jestem połową faceta z żelaza, tudzież facetem z półżelaza:) Niesamowite uczucie!!!



BIEGANIE W 2:18:50, czyli mega wolno...
A CAŁOŚĆ W 6:58:23...

Już wiem, że pomimo myśli na trzecim kółku, że ja tego wszystkiego nienawidzę, w przyszłym roku będą kolejne starty:)

Czy jest na stadionie jakiś lekarz?!:)



Na pytanie jak było najlepszą odpowiedzią jest to zdjęcie:)


UDAŁO SIĘ! Ukończyłem zawody, które od dawna byłą moim marzeniem!

Doświadczenie zdobyte bezcenne. Najważniejsza rzecz nauczyć się kraula i przepływać całą zimę! Wtedy czasy będą dużo lepsze! I spokojnie podejść do biegu na początku.

Pomysł z dwoma strefami zmian spokojnie do ogarnięcia i nie taki straszny jak na początku się wydawało.

Z minusów imprezy momentami słabo oznakowana trasa. Sam w jednym momencie nie miałem pojęcia gdzie jechać. Plus brak jakiegokolwiek picia na mecie. Na szczęście Młody mi załatwił bidon z izo od wolontariuszy. I nie podoba mi się brak koszulek dla średniego dystansu. Jednak fajnie by było mieć koszulkę na pamiątkę zwycięstwa z samym sobą... I masaż po zawodach powinien być darmowy. Na większości maratonów tak właśnie jest!

Z plusów bogaty pakiet startowy. Okulary Solano, plus kubek Solano dla finsherów, plus pasek na numer startowy. I bardzo mi się podobał materiał z którego był zrobiony numer startowy. Nie było mowy by się podarł, zamókł czy tym podobne.

A plany na przyszłość?!
W ten weekend obóz kondycyjny w Sierakowie.

Później dalsze zdobywanie Korony Maratonów Polskich, czyli starty w Warszawie i w Poznaniu. A po Poznaniu pewnie koniec sezonu startowego w tym roku! Chyba, że na jakieś PMNO się jeszcze skuszę:)