Od kilku dni
zastanawiam się, jak podejść do tej relacji… Zawsze pisałem dokładnie tak jak
było. Jak umierałem w Dębnie, to pisałem, jak umarłem po HIM w Borównie, też to
napisałem, jak przebimbałem zimę przed połówkowaniem w Wawie, też tego nie
ukrywałem. Zawsze pisałem dokładnie tak, jak było… Ale jak do cholery mam
napisać, że Rzeźnik – najtrudniejszy ultramaraton w Polsce - przyszedł mi bez
problemu? Jak mogę napisać, że przy takim wysiłku nie było łez ani złorzeczenia
tylko uśmiech na twarzy? Jak mogę napisać, że przebiegłem 78 km po Bieszczadach
na całkiem świeżych nogach? Już widzę te głosy, jak to robię z siebie nie
wiadomo kogo… Ale, cholera nie będę kłamał, a tak właśnie było! Ale od
początku…
Przyjechaliśmy w Bieszczady już w środę. Zatrzymaliśmy się w hotelu Chutor Kozacki w miejscowości Łukowe. Odreagowaliśmy trochę podróż i do spania. Ostatnia noc, by się wyspać. W czwartek zanim pojechaliśmy do Cisnej do biura zawodów objechaliśmy trasę na start w Komańczy. A, że most był zamknięty, dzięki Bogu, że to zrobiliśmy! Z 400 metrów mieliśmy polną drogą do przejechania. I gdyby nam ktoś nie pokazał, jak jechać, w życiu byśmy na tę ścieżkę nie trafili! Tym bardziej w środku nocy! Wypijamy z Jackiem piwo w Komańczy i wracamy do hotelu, by po chwili jechać do biura zawodów. Dojeżdżamy do Cisnej i idziemy się zalogować. Wszystko szybko i sprawnie, fajny pakiet startowy z koszulką techniczną (jedna z ładniejszych, jakie mam) i buffem specjalnie dla Rzeźnika. Zjadamy makaron na pasta party, wysłuchujemy odprawy technicznej i czas wracać odpocząć! Już dziś w nocy największe wyzwanie w sportowej karierze!
Budziki na 1 w
nocy i spać. Mało snu, pobudka, śniadanie (naprawdę bez szału, jak na taki
hotel mogli się bardziej postarać…) i Bożena nas zawozi do Komańczy na start.
Jedziemy razem z Wojtkiem, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Po drodze
wypijam przedstartówkę i szykujemy się. Stwierdzam, że jednak zostawiam
czołówkę, a w zamian biorę polar i idziemy na start. Patrzę na tych wszystkich
ludzi i zastanawiam się, gdzie ja jestem…
![]() |
Gotowy do startu :) |
Ustawiamy się na wszelki wypadek z Jackiem
prawie na samym końcu i czekamy na wystrzał. Strzał, odpalam garmina (na
Rzeźniku nie ma podziału na brutto i netto) i powoli ruszamy. Praktycznie równo
z wystrzałem zaczyna padać. Jacek już przed startem zakłada kurtkę. Ja ryzykuję
lecieć bez. Nie chcę zapocić się, jak na Gwincie. Na początku daje radę, ale w
pewnym momencie odpuszczam. Zatrzymujemy się na chwile i też zakładam. Kurtkę
INOV 8 od Grzesia będę zawsze i wszędzie polecał! Jest mega! W końcu wbiegamy w
las i robi mi się za ciepło. Razem z Jackiem decydujemy, że czas je zdjąć i
chwilowy postój.
Las o nas dba.
Roztacza nad nami parasol niczym mama, gdy byliśmy mali. Biegniemy i słyszymy,
że pada, ale tego nie czujemy! Las jest naszym sprzymierzeńcem, opiekuje się
nami i nastawia liście, by bronić nas przed deszczem. Deszcz co jakiś czas
próbuje polemizować i padać mocniej, by spróbować nas przemoczyć, ale w końcu
rezygnuje!
Na 8 km zaczyna
się pierwszy mocny podbieg. Tak samo jak wszyscy inni zaczynamy iść. Zbyt dużo
relacji przeczytałem przed biegiem, by próbować biec na podejściach. Kończy się
gdzieś koło 13 km i znów bieg. Od tego momentu, aż do Cisnej, będzie cały czas
karuzela. Góra, dół, góra, dół. Zaliczamy pierwszy punkt żywieniowy i ktoś mnie
serdecznie wita! O cholera kumpel ze szkolenia z BnO z Poznania. Lecimy dalej i
ja już czekam na przepak w Cisnej.
Chcę suchą koszulkę, chcę pepsi, chcę
batona, chcę na chwilę usiąść. Pomału zaczyna do mnie machać jeden z niewielu
kryzysów na tym biegu… W końcu jest!! Przepak Cisna!
![]() |
Jeden z trudniejszych zbiegów na trasie |
Mamy z Jackiem
dokładnie omówiony plan na przepak. Szybko sprawnie i na temat. Sucha koszulka,
pepsi na przepaku + pepsi do plecaka, baton, kijki i spadamy. Wybiegamy i w
drodze regulujemy długość kijków. Zapędzamy się i przebiegamy przez nasyp,
zamiast skręcić w prawo. Na szczęście inna para nas woła i już znów jesteśmy na
trasie. Na początku trochę mokro, trochę błota, aż w końcu zaczyna się pierwsze
podejście pod górę Jasło. Na przepaku odczytuję 2 mesy, które dodają mi sił i
ruszamy z Jackiem jak przecinaki. Kijek, noga, kijek, noga – idziemy jak dwie
dobrze naoliwione maszyny. Wyprzedzamy wszystkich. Niestety już całkiem
niedługo okaże się, że za to zapłacimy…
Gdzieś koło 38 km Jacek zaczyna narzekać na kolano… Ale suniemy dalej. Kolejny przepak to Smerek. Zaczynamy kosmiczny zbieg po błocie. Ostro i ślisko. Moje czwórki wyją serenady do księżyca i dyskutują ze mną czemu im to robię… Wciąż im obiecuję, że już lada moment koniec, a one pytają, czemu nie eksplodowały 5 minut temu… W końcu już cali na dole zaczynamy bieg po drodze Mirka na przepak. Jacek już po 2 tabletkach voltarenu, które dostał od przesympatycznej pani na trasie, więc biegniemy ramię w ramię.
Gdzieś koło 38 km Jacek zaczyna narzekać na kolano… Ale suniemy dalej. Kolejny przepak to Smerek. Zaczynamy kosmiczny zbieg po błocie. Ostro i ślisko. Moje czwórki wyją serenady do księżyca i dyskutują ze mną czemu im to robię… Wciąż im obiecuję, że już lada moment koniec, a one pytają, czemu nie eksplodowały 5 minut temu… W końcu już cali na dole zaczynamy bieg po drodze Mirka na przepak. Jacek już po 2 tabletkach voltarenu, które dostał od przesympatycznej pani na trasie, więc biegniemy ramię w ramię.
![]() |
Po drugim przepaku :) |
W
końcu przepak.
Wciągam jedyną słuszną koszulkę, czyli Smashing Pąpkins :) Specjalnie
zostawiłem ją na ostatni przepak, by w niej kończyć. Stwierdziłem, że
wcześnie
nie będę na nią zasługiwał… Na przepaku 3 kubki pepsi, wymarzona bułka z
szynką, pepsi z własnych zapasów do plecaka i power bomba. Wybiegamy i
znów pod
górę.
![]() |
Gdzie indziej takie rzeczy? :) |
Widzę, że Jacek już walczy. O ile pod górę idzie dość sprawnie, to
na
płaskim biec nie może, o zejściach nie wspominając… Wdrapujemy się na
Wetlińską, a mnie zapiera dech w piersiach. To był mój trzeci raz w
Bieszczadach, ale
za każdym razem padam, gdy widzę te panoramy. Może i nie są najwyższe,
najbardziej strome, czy najbardziej wymagające… Ale są moimi ulubionymi
górami!
Szkoda tylko, że tak daleko! Ich dzikość za każdym razem robi na mnie
niesamowite wrażenie!
Zatrzymuje się czekając na Jacka, a pani za mną
zaczyna
się ze mnie żartować "o jaki banan na twarzy!" No co ja za to mogę, że
góry na
mnie tak działają??
A morale w zespole spada… Jacek mocno walczy ze
swoim
kolanem. Wypsikaliśmy już ponad pół spreju chłodzącego, który był w
zestawie
startowym. Znamy się nie od dziś, więc mu obiecuję, że jak dotrzemy na
koniec Wetlińskiej do schroniska Chatka Puchatka, to stawiam piwo :)
Morale znów skacze
i schronisko wciąż się zbliża. W końcu docieramy i realizuję obietnicę.
Zatrzymujemy się, kupujemy po piwie i delektujemy się widokiem gór :)
Boże jak
tu jest pięknie…
Planowaliśmy na tę przerwę 10 minut, jednak zeszło ciut
dłużej. I na tym postoju popełniłem największy błąd na biegu! Usiadłem…
Zbieg
do Bereh był masakrą. Mięśnie zbyt mi popuściły i dopiero w połowie
zbiegu znów
byłem sobą. Co było i tak niczym w porównaniu z tym, co przeżywał Jacek…
Przed startem byliśmy
umówieni, że gdy któryś z nas odpadnie, drugi opiekuje się nim do punktu
lub
GOPR, a dalej leci sam już jako turysta. Patrząc na tym etapie zbiegu na
Jacka byłem
już o tym przekonany… W końcu są Berehy!
Dwa kubki
tigera, Jacek dostaje jakieś tabletki, chłodzenie plus żel i mówi, że lecimy
dalej! Podziwiam go za dawkę tej sportowej złości, i zdecydowanie by ukończyć
mimo wszystko. Od dawna już nie biegniemy. Podejście pod Caryńską jest długie i
mocne, ale wchodzi łatwiej niż odległość powinna na to wskazywać…..
![]() |
Odpowiedź na pytanie, czy podejście pod caryńską boli :P |
Patrzę na
garmina i zaczynam się martwić… Mało czasu zostało, by się w limicie zmieścić…
Na
najwyższym wzniesieniu połoniny oddaje Jackowi moją power bombę. Ja mam jeszcze
sporo sił, a mu się zdecydowanie bardziej przyda. Caryńska mija i zaczynamy zbieg. Ostatni, decydujący,
ale też ten na którym wszystko może się skończyć… Wolę nie patrzeć na Jacka!
Wiem, że daje z siebie 120% normy. Zastanawiam się, czy ja bym też tak
umiał… W końcu kibice, most, schody i
meta! UKOŃCZYLIŚMY Rzeźnika! Aż do dzisiaj ciężko mi w to uwierzyć!Czas na mecie 15 godzin 34 minuty :)
Ten bieg był
moim marzeniem od dawna. Słyszałem o nim jeszcze zanim tak naprawdę zacząłem
biegać. Wiedziałem, że jest gdzieś garstka wariatów, którzy z własnej
nieprzymuszonej woli biegną prawie osiem dych po górach. A teraz zostałem
jednym z nich! Zostałem Rzeźnikiem :)
![]() |
Ten gliniany medal od dawna był moim marzeniem! :) |
Dlaczego ten
bieg przyszedł mi dość łatwo? Sam nie wiem. Adrenalina, chęć spełnienia
marzenia – na pewno tak. Jacka kontuzja też mi to ułatwiła. Nie wiem, jak by
było, gdybyśmy więcej biegli. Ale też chyba to był po prostu mój dzień. Ten dzień,
gdy nic złego nie może się wydarzyć. Taki, w którym przeciwności nie istnieją, a
wszystko układa się jak najlepiej :)
Ursa Maior - Dom Wielkiej Niedźwiedzicy uwarzyli na ten bieg świetne piwo! Niesamowite uczucie, gdy po przekroczeniu mety dostaje się medal na szyję i od razu piwo do ręki :) I gdy się pije Rzeźnika na mecie Biegu Rzeźnika :)
Bieszczady
kocham od dawna. Już obydwaj stwierdziliśmy, że za rok na Rzeźnika wracamy zrobić
lepszy czas! A w Bieszczady jednak wrócimy szybciej niż myśleliśmy, bo już w
październiku na Ultra Maraton Bieszczadzki :) I już nie mogę się doczekać :)
Bieganie ultra
mnie absolutnie pochłonęło! To nie jest bieg z wzrokiem wlepionym w garmina i
ciągłym kontrolowaniem tempa, jak na maratonie. To zupełnie inna jakość, inne
przeżycia, inny poziom biegowego odpłynięcia. Coś w czym się zakochałem bez
granic :) Przyszły sezon zapowiada się długodystansowo :)
I track z endo :)
Strój:
- buty Brooks Cascadia + stuptuty Inov8
Debricoc 38,
- opaski
kompresyjne CEP,
- bokserki
oddychające + spodenki CEP,
- 3 koszuli – z maratonu
w Palmie, z tri w Sierakowie i najważniejsza, czyli koszulka Smashing Pąpkins,
- buff z Biegu Rzeźnika,
- kurtka Inov 8,
- plecak
Camelback,
- garmin 310.
- garmin 310.
Żywienie:
- śniadanie w
hotelu,
- zestaw
Powergym, czyli przedstartówka ENERGYPLUS na 40 min przed startem + ISOPOWER w bukłaku,
- kilka puszek
pepsi,
- batony
energetyczne,
- bułka na
przepaku.
Pięknie, kurde, cudownie! Wielkie gratulacje dla Was obu, a szczególnie Jacka, który miał duże przeciwności losu.
OdpowiedzUsuńDzięki Maniek! Jackowi przekazałem :)
UsuńZnowu gratuluję! Spełnianie marzeń to jest TO :) Matkoboskorzeźnicko to jest 80km po górach! Miszcz Jesteś i Tyle!
OdpowiedzUsuńNajzwyczajniej w świecie zazdraszczam, bo Bieg Rzeźnika też mi się marzy i śni po nocach. I też planuję spełniać marzenia :) ale powoli...
Dzięki Dorota :) To była przygoda życia jak dotychczas :)
UsuńW ogóle nie wyglądasz na zmęczonego na tych zdjęciach :)
OdpowiedzUsuńGratuluję i podziwiam! ;)
Dzięki Mari :) Kumpel na mecie też mi powiedział, że świeżo wyglądam :P
UsuńPo pierwsze, Gratulacje!
OdpowiedzUsuńPo drugie, czytając sam miałem banana na twarzy (może dlatego, że dokładnie za dziesięć dni zaczyna się mój bieszczadzki urlop. (Niby relaks po MGS, niby trening do Karkonoskiego, niby budowanie formy na tri... a tak naprawdę nie ważne po co, ważne, że Biesy!).
A po trzecie - czym do jasnej Anielki jest power bomba?
Dzięki Jędrek :) A jest dokładnie tak jak piszesz! Nie ważne po co, nie ważne kiedy, ważne, że Bieszczady :) Już Ci zazdroszczę urlopu tam! Ja muszę wytrzymać do października... A power bomba to takie cudeńko:
UsuńL-tyrozyna 300 mg
Tauryna 200 mg
Guarana 400 mg
Kofeiny 65 mg
L-karnityna-500 mg
Graty! Po takiej relacji nic tylko się zapisywać na [przyszły rok :) A powerbomba faktycznie daje kopa?
UsuńDaje powera ja uzywam do biegów dlużych mi na poczatku serducho mocniej bije ale daje moc polecam
UsuńRzeźnik nie jest najtrudniejszym ultramaratonem w Polsce to tak gwoli ścisłości, jest spokojnie kilkanaście trudniejszych imprez
OdpowiedzUsuńGratuluje
OdpowiedzUsuńMy sie zapislaiśmy i czekamy na losowanie. Debiut przebiec ukonczyc.Pytanie moje jaki mialeś zegarek ze wytrzymał 15 godz? I moje 2 pytanie jakie treningi?? Pozdrawiam i ratuluje ukonczenia
Wzięłam udział po raz pierwszy w biegu wokół zalewu i jestem zachwycona, czekam na kolejny :D Mimo że miejsce dalsze to sam bieg wśród tylu ludzi rewelacja :)
OdpowiedzUsuń