czwartek, 19 lipca 2018

„It’s Montenegro”, czyli Ocean Lava Montenegro.


Ileż my razy na wyjeździe słyszeliśmy to tłumaczenie :)
Pomysł wyjazdu na zawody zagraniczne zrodził się zupełnie przypadkiem. Po zapisaniu się na Borówno przeglądałem inne lokalizacje, gdzie są rozgrywane zawody z tego cyklu. I nagle w oczy wpada mi Ocean Lava Montenegro – Kotor. Aż mi się oczy zaświeciły! Czarnogóra to mój wyjazd z Młodymi na wakacje 4 lata temu, kiedy dopiero poznawaliśmy się z Martą. I obiecałem jej wtedy, że kiedyś ją tam zabiorę. Długo się więc nie zastanawialiśmy. Decyzja była oczywista :)

Smashing Pąpkins forever!!
Początkowo chcieliśmy jechać samochodem. Jednak po wyobrażeniu sobie co Kuba będzie odstawiał przez 1800 km podróży, szybko z tego pomysłu zrezygnowaliśmy. Padło więc na samolot. W tym przypadku pozostawała kwestia zabezpieczenia roweru na czas podróży. Zastanawialiśmy się między wypożyczeniem walizki, a zakupem własnej. Padło na zakup używanej walizki. Koniec końców polecieliśmy Ryanair z Berlina do Podgoricy.

Już w Polsce mieliśmy problem z upchaniem walizki do samochodu, więc wiedzieliśmy, że na miejscu musi paść na samochód z dużym bagażnikiem. O początkowym planie podróżowania busami i pociągiem trzeba było zapomnieć. Bagaże, rower i Kuba – to się nie miało prawa udać. Na miejscu wypożyczamy dacię dokker i ruszyliśmy.

Wyjazd na zawody połączyliśmy z wakacjami, więc wylecieliśmy w niedzielę 6 maja – tydzień przed zawodami. Mieliśmy sobie pozwiedzać, zaaklimatyzować się i odpocząć. Pierwsze dwie nocy spędziliśmy w Barze. Kolejne dwie chcieliśmy w Budvie, ale po zobaczeniu wielkości miasta i ilości ludzi szybko uciekliśmy do malutkiej miejscowości Petrovac na moru. 

Taki widok z okna mógłbym mieć codziennie:)
 W Kotorze wylądowaliśmy w czwartek.

Nigdy na żadnych zawodach nie skorzystałem z tylu przygotowanych rzeczy. Oficjalny objazd trasy kolarskiej, zakończony przejazdem trasy biegowej. 

Oficjalny trening pływacki. I pasta party! Ale jakie!! Jak na kilku zawodach już w życiu byłem, takiej kolacji powitalnej nie widziałem nigdy. Stół szwedzki uginający się od makaronów, mięs, serów, sałatek - wszystkiego. Na wszystkich stolikach woda, cola, sprite, piwo alko i niealko. Fotograf, z którym wcześniej trochę gadaliśmy, śmiał się, że trudno to nazwać pasta party – it’s Montenegro :P Do tego przemówienie Ministra Sportu Czarnogóry, Pani Prezes Banku – głównego sponsora i sprawcy całego zamieszania – Igora Mayera. Trudno odmówić rozmachu :)


W sobotę odprawa po angielsku i włożenie sprzętu do strefy zmian. Strefa zmian jest workowa – z osobnymi wieszakami na bike i run.

W końcu nadchodzi niedziela. Wstajemy o 5:10 i zaczynam się szykować. Zjadam kawałek chleba z miodem (resztę dorwał Kubuś :P), szykuje co potrzebuje na start i wychodzimy. Wchodzę do strefy dołożyć żywienie na rower i dopompować koła. Fajnym rozwiązaniem były naklejki na pompkę, dzięki czemu zdawało się ją przy wyjściu ze strefy zmian i odbierało po wszystkim.

SWIM
 

Pływanie zawsze było w tri moją pięta achillesową. 

Śmiałem się, że jak ukończę pływanie to już ukończę całe zawody. Treningi od Marcina jednak dały swoje. Na treningu pływackim przepłynąłem jedną pętlę w około 24 minuty, więc miałem nadzieję, że złamię 50 minut. Wybrzmiewa „Thunderstruck”.

Buziak od Marty, strzał startera i wskakuję. Płynie mi się rewelacyjnie, a co dziwniejsze ciągle ktoś płynie obok, ciągle się z kimś przepycham. Tego z moich dotychczasowych startów jeszcze nie znałem :) 

Wypływam na drugie kółko i wciąż mi się świetnie płynie, jednak nie podpalam się za bardzo wiedząc, że to dopiero sam początek rywalizacji. Wybiegam z wody i widzę Kulkę z bardzo zdziwioną miną – podbiegam po buziaka. Marta krzyczy, że jest super, a ja z tego wszystkiego zapomniałem przełączyć garmina z pływania na T1. Robię to na dobiegu do strefy i z zadziwieniem widzę niespełna 40 minut! Ja popłynąłem ten dystans w niespełna 40 minut. Sam nie mogę w to uwierzyć :P 

Pływanie według czasów oficjalnych – 39:22 min :)

T1
Dobieg do strefy jest długi. Około 400 m. Wbiegam, chwytam swój worek, zmieniam co muszę zmienić i lecę po szosę. Na wybiegu ze strefy toi-toi i na rower. T1 według garmina w 6:39 min.

BIKE
Wybiegam ze strefy, mijam belkę, wskakuję i śmigam. Tuż po starcie pierwszy podjazd na trasie.

Jedzie mi się rewelacyjnie. W myśl rad od trenera zaraz na początku roweru zjadam pierwszy baton. Na 18 km dojeżdżam do pierwszej większej górki. Zrzucam przednią przerzutkę na mniejszą i … i stoję…  Szybko zeskakuje, by zobaczyć, co się stało – okazało się, że spadł mi łańcuch. Zakładam, wsiadam i znów to samo. Zakładam drugi raz i kręcę pedałami, by zobaczyć, co będzie. Niby chodzi, więc wskakuję i jadę dalej. Jednak od tego momentu straciłem flow… Jedzie mi się kiepsko i wolno. Znacznie gorzej niż na objeździe trasy, a to przecież te same górki. No właśnie górki. Na oficjalnej stronie zawodów było info, że trasa ma raptem 400 metrów przewyższeń. I w swojej znacznej części jest płaska. Natomiast są na niej dwie górki z podjazdem po około 7%. I na obie trzeba wjechać i zjechać po osiem razy. Na objeździe trasy się trochę zasapałem. Na zawodach już zasapałem się znacznie bardziej niż trochę… Staram się pić i jeść regularnie. Ale nie doceniłem trudności trasy rowerowej. Końcówka już była utrapieniem. Chciałem już tylko dojechać  i iść biegać.


Całość roweru w 3:20:05 h (średnia niespełna 28 km/h), czyli gorzej niż źle.

T2
Wbiegam, zmieniam co mam do zmiany, zaliczam toi-toia i lecę.

RUN

Wybiegam ze strefy i biegnę na trasę.

Bieganie jest w dwóch pętlach z nawrotkami 180 stopni, wzdłuż zatoki (jak zresztą wszystko na tym tri :P). Założenie miałem, by biec po około 5:30, ale udaje się tylko na pierwszym km. Szybko uderza mnie temperatura. No ale cóż, wiedziałem gdzie się zapisuję. Spodziewałem się gorączki, mimo że to maj, więc do nikogo nie mogę mieć pretensji tylko robić swoje. W zacienionych rejonach trasy biegnie się nawet fajnie. Gorzej jak się wybiegnie na słońce. Pierwsze 5 km jakoś mija, łapie żel na punkcie i z powrotem do Kotoru. 


Od samego początku biegu czuje, że nogi zajechałem na rowerze. Fakt, że rower poszedł mi tak bardzo źle, tylko potęguje wkurwienie. 

W czasie biegu mijamy Panią, którą opalała się topless. Facet koło mnie zagaduje po angielsku, że jest tak zmęczony, że ma ochotę umrzeć, ale takie widoki dodają mu sił :D 

Wiedziałem, że po tak długiej przerwie w startach będzie boleć, ale miałem nadzieję chociaż zrealizować wytyczne. Bo umówmy się, że tempo 5:30 to nie jest jakiś kosmos… A tu biegnę bardziej po 5:50… Od dłuższego czasu już marzę, by zaczęło padać. I na drugiej pętli cos jakby zaczynało. Niestety tylko trochę pokropiło i zrobiła się jeszcze większa parówa… Na szczęście na 14 km zaczęło normalnie padać, a ja się trochę schłodziłem i troszkę przyspieszyłem. Na ostatniej nawrotce biegu wiem już, że na życiówkę nie mam szans, więc pozostaje mi chociaż złamać 6 godzin. Mobilizuje się, ile wlezie, ale nie za bardzo jest z czego przyspieszyć…

W końcu na ostatnim km, jak już wiem, że nie ma szans, bym nie ukończył, przyspieszam i 20 km wpada w 5:33. Średnia z biegu 5:44.

W końcu meta!!

 
Czas – 6:00:58, czyli niestety szóstka nie połamana. A założenia niespełnione… Sportowo nie mogłem być zadowolony. Oddaję chipa, chwytam wodę i szukam Kulki. Ludzi nie było aż tyle, więc szybko się znaleźliśmy. 

Marta wyciąga z torby butelkę wody i podaje. Mówię, że przecież mam już wodę, ale Marta się upiera, że jej woda jest lepsza. Biorę więc od niej wodę i łykam. Ależ zdziwienie! Najlepsza żona na świecie poszła do naszego pokoju jak biegłem ostatnią pętlę i przyniosła mi zimne piwko :) Rzeczywiście jej woda była lepsza :D

Pomimo kiepskiego rezultatu sportowego jestem przeszczęśliwy, że się zdecydowałem tam jechać. I jeśli tylko sytuacja rodzinna nam pozwoli, za rok znów wracam. Widoki były powalające, organizacja na najwyższym poziomie, ale to co było najcudowniejsze to atmosfera i ludzie. 

Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi i serdeczni. Było widać, że ten triathlon to też dla nich święto. Chciałoby się, by zawsze zawodom towarzyszyła taka radość. A na nową życiówkę przyjdzie jeszcze czas…


Ze sprawcą całego zamieszania :)
Kilka rad:
- NIE sugerujcie się pogodą, jaką pokazują polskie portale lub aplikacje pogodowe w komórce. Przed wylotem byliśmy załamani, ponieważ pokazywało, że ciągle leje. I rzeczywiście padało praktycznie codziennie. Albo raczej conocnie, a w dzień było przepiękne słoneczko. Może jeden dzień był pochmurny;
- lecieliśmy Rayanem z Berlina i przy możliwości luźnego doboru dat wylotu i powrotu można lecieć za małe pieniądze;
- my spaliśmy w apartamencie qualitas po drugiej strony portu. Jeśli uda się polecieć w przyszłym roku wybrałbym coś na trasie biegowej, czyli od plaży miejskiej w kierunku miejscowości Dobrota;
- na miejscu nie ma żadnego expo, a żele, dętki  etc. można kupić tylko w Podgoricy lub przez internet – It’s Montenegro :);
- na miejscu wzięliśmy dacię dokker na 10 dni plus gratis fotelik dla dziecka – trzeba się handlować. Nam zeszli z ceny 60 euro;
- KONIECZNIE idźcie na pasta party. Miałem nie iść, bo stwierdziłem, że na kilku już byłem. Przypadkowo zabalowaliśmy trochę dłużej na starym mieście i Marta stwierdziła, że warto bym się przeszedł. Jak było, napisałem wyżej. Do tego okazało się, że pasta party jest nie tylko dla zawodników, ale też dla ich rodzin i znajomych;
- w Czarnogórze obowiązuje euro, pomimo że nie należy ona do strefy euro. Warto zabrać trochę gotówki. Na miejscu okazało się, że nie działa nasza karta walutowa i musieliśmy kombinować;
- jest znacznie taniej niż w Chorwacji;
- lecąc z Berlina w walizkę na rower spakowaliśmy trochę sportowych rzeczy, by zabezpieczyć rower i zrobić miejsce w zwykłej walizce. Nie było problemu.  Jednak wracając okazało się, że w walizce może być tylko rower (po negocjacjach zgodzili się, by był też kask, spdkietc), natomiast co do drugiego miejsca po przecinku pilnowali, by waga nie przekroczyła 32 kg. Warto mieć to na uwadze.

Podsumowując sportowo nie poszło tak jak miało, trasa rowerowa nie należała do najłatwiejszych, było gorąco i duszno na biegu, a powrót kosztował nas sporo nerwów przez przepakowywanie na lotnisku.

Czy było warto i czy bym wrócił?
Jasne, w końcu It’s Montenegro :)

A jakby ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, czy warto tam startować ten filmik rozwiewa wszelkie wątpliwości! Taki bonus dla tych, którzy dotrwali do końca :)

niedziela, 20 maja 2018

Powrót, czyli znów mi się chce...

Sam nie wiem od czego zacząć. Mój pierwszy wpis na blogu od 14 stycznia 2015 roku. Nie startowałem, nie trenowałem, więc także nic nie pisałem. Może na sam początek dwa słowa, dlaczego przestałem trenować… Odpowiedź brzmi: nie wiem! Mogę szukać usprawiedliwień w życiu rodzinnym, zawodowym, braku czasu, ale nie. Po prostu mi się odechciało. Nie miałem ochoty pływać, jeździć, o bieganiu już nie wspomnę… Marta raz na jakiś czas próbowała mnie wyciągnąć na bieganie. Po wykorzystaniu wszystkich moich wymówek co jakiś czas razem wyszliśmy. Przebiegłem, było fajnie i tyle. Nie miałem ochoty na powrót. Aż w końcu we wrześniu poprzedniego roku coś we mnie drgnęło…
Tak samo, jak nagle mi się odechciało, tak samo nagle zaczęło się znowu chcieć. Sam nie wiem, czym to było podyktowane. Choć wydaje mi się, że wydarzeniem, które mnie zmobilizowało była wygrana MKON-a na Hawajach. Najpierw nieśmiało zacząłem trenować w domu na taśmach TRX. Potem zacząłem myśleć o powrocie do tri. Wymyśliłem sobie ambitny plan na powrót. Na sam początek omówiłem wszystko z Martą, czy nie ma nic przeciwko planowi, który mam i ilości czasu jaką będę musiał na to poświęcić. Absolutnie nie miała nic przeciwko, wręcz przeciwnie. Jest przeszczęśliwa, że w końcu znów mi się chce…
Kolejną rzeczą jaka została do załatwienia był plan treningowy. Zastanawialiśmy się wspólnie - gotowy plan czy trener. Przejrzałem kilkanaście planów z internetu, jednak ostatecznie decyzja padła na trenera. Jednym z głównych argumentów była możliwość analizowania moich postępów i modyfikacji planu. I to jak się okazało, był strzał w dziesiątkę! Tym oto sposobem od października zacząłem trening pod pilnym okiem trenera. Marcin pomału zaczął mnie wprowadzać na odpowiednie obroty. Starczy powiedzieć, że bieganie zacząłem od tempa 6:00 min/km i wolniej. Rower też spokojnie. Najbardziej mnie zaskoczyła to ilość pływania. Jak jeszcze trenowałem, wpadałem na basen, popływałem kilometr czy półtora i do domu. Natomiast w tej chwili trening 2 km traktuję jako krótki :P
Niestety, żeby nie było zbyt różowo coś musiało pójść nie tak. Najlepiej póki co przepracowany treningowo miesiąc to listopad. Potem zaczęło się chorowanie. Do tej pory zimą byłem chory zawsze raz. Tydzień i po sprawie. Tej zimy niestety zarażaliśmy się z Kubą na zmianę. Co synek doszedł do siebie, mnie coś brało. I na odwrót. Od grudnia do marca byłem na dwóch antybiotykach, a raz obyło się bez, ale o trenowaniu nie mogło być mowy. W listopadzie 2017 roku zrobiłem 44 treningi, które zajęły mi 2 dni 2 godziny i 3 minuty. Grudzień – 15 treningów, styczeń - 26, luty 32, marzec znów 15. Od kwietnia trochę się uspokoiło i wracam do regularnego trenowania. Niestety jeszcze co któryś trening mi ucieknie.
Nigdy w życiu wcześniej nie trenowałem tak dużo, tak racjonalnie i tak mądrze. I widzę, że przynosi to efekty. Do połowy kwietnia tego roku przejechałem na rowerze tyle samo kilometrów co przez cały 2014.
Mecz Barcy, Kubuś i trening w tym samym czasie? No problem :)
I podobnie wygląda z innymi dyscyplinami. Na moment pisania tego posta brakuje mi 4 km pływania, by dojść do dystansu z 2014 roku. Do maja przebiegłem połowę tego co w 2014 roku. Ale akurat z bieganiem jest ciut inaczej, ponieważ wcześniej jak trenowałem głównie szedłem biegać. W tej chwili mam akcenty porozkładane na wszystkie dyscypliny. A co w tym wszystkim najważniejsze trenowanie przynosi mi autentyczną radość. Oczywiście zdarzy mi się wrócić z pracy i nie mieć ochoty na nic. Ale wtedy pojawia się Kulka z rozpiską w dłoni, opieprzy mnie i chcąc nie chcąc idę. A zawsze jak wrócę jestem jej bardzo wdzięczny, że mnie znów zmotywowała.

Ale trening to dopiero połowa sukcesu. Nigdy wcześniej tak o siebie nie dbałem. Od września przeszliśmy na pudełka i sobie bardzo tę decyzję chwalę. Wiem, ile jem, wiem, kiedy mam jeść, wiem, co jem. Samemu w domu bardzo trudno by nam było przygotować 5 urozmaiconych posiłków.
Do tego dochodzi regeneracja. Rozciąganie, rolowanie, fizjoterapeuta wcześniej dla mnie nie istniały. Teraz są moją codziennością. Do tego dochodzi sauna i kąpiele solankowe. I to daje rezultaty. Odkąd wróciłem do treningów nie miałem żadnej poważniejszej kontuzji, która by mi nie pozwoliła trenować przez dłuższy czas.

A po co to wszystko? W tym roku chce zrealizować jedno z moich sportowych marzeń. Mało kto na razie o tym wie. Internet nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Ludzie pod pozorem anonimowości, czują się bezkarnie i piszą co im ślina na język przyniesie. Nie chciało mi się słuchać dobrych rad, że nie dam rady, że za szybko, że po co mi to, jak mam dzieci w domu itd. itp. Druga sprawa, że chciałem sam sobie pokazać, czy jestem w stanie wytrwać w takim reżimie treningowym. Kolejnym argumentem jest, że w sierpniu Kulka przestanie być kulką i będziemy mieli kolejnego malucha w domu. Wiem, że Marta nie pozwoli mi odpuścić trenowania zupełnie, ale jak będzie wyglądała ilość czasu, jaką będę mógł poświęcić na treningi, tego nie wie nikt…

19 sierpnia staje na starcie Ocean Lava Triathlon Poland – pełen dystans!




Czy dam radę? Nie wiem, ale chce się przekonać. Czułbym się na pewno pewniej gdyby tyle treningów mi nie wyleciało przez zimowe chorowanie… Ale mam jeszcze trzy miesiące treningów przed sobą. Kilka startów kontrolnych. Najważniejsze dla mnie, że moja żona i mój trener wierzą w mój sukces.

To kto będzie kibicował w Borównie i Bydgoszczy za równe trzy miesiące?? :)

czwartek, 3 września 2015

Przygody Marty! :)


Bieganiem „zaraził” mnie Michał. A zaczęło się od jego zawodów… Jako kibic bardzo spodobała mi się atmosfera towarzysząca jego startom i emocje, które udzielały się wszystkim! Przed PZU Maratonem Warszawskim postanowiłam zapisać się na Bieg na piątkę, więc przed zawodami przebiegłam 6 km (po lasach i łąkach), żeby sprawdzić swoje możliwości. Wynik, jaki uzyskałam na biegu zmotywował mnie do biegania, choć dopiero po dobrych dwóch miesiącach (od grudnia zeszłego roku) zaczęliśmy z Michałem wspólne treningi. 
 
Warszawa zdobyta :)
W lutym wyjechaliśmy na obóz biegowy do Zakopanego. Tam dowiedziałam się sporo o technice biegania zarówno po asfalcie, jak i po górach :) 
 
Wszędzie pięknie, ale w górach najpiękniej!
Jedne z wielu zajęć w czasie obozu!
Ten obóz zweryfikował moje umiejętności, a już miesiąc później był mój pierwszy większy start – PZU Półmaraton Warszawski.

Marzec był dość ciężkim miesiącem pod każdym względem – studia, praca, obowiązki domowe. Nie mieliśmy za wiele czasu na treningi, a zawody zbliżały się wielkimi krokami. W konsekwencji stres, nieprzespane noce i ogólne zmęczenie spowodowały, że mój pierwszy start stał się moim największym koszmarem. Od rana czułam się fatalnie. Atmosfera zawodów sprawiła, że mój żołądek chwilowo się uspokoił, ale już przed samym startem poczułam się źle.

Przed startem z Wu z zaprzyjaźnionej drużyny Biegam bo mnie ludzkość wkurwia :D
Wystartowaliśmy później, żeby skorzystać z toalet, do których wcześniej były kilometrowe kolejki. Na początku zaczęliśmy wyprzedzać, ale zwolniliśmy, gdy słońce zaczęło dawać o sobie znać. Wtedy opadły pierwsze emocje i mój organizm kompletnie odmówił posłuszeństwa. Michał mnie cały czas motywował, a ja się nie odzywałam, ponieważ mnie mdliło. 
 
Zmęczenia nie widać, ale było...
Na punktach kontrolnych z trudem wypijałam wodę, a co dopiero żele, czy inne energetyczne specyfiki. W trakcie biegu kilka razy myślałam o rezygnacji, ale postanowiłam walczyć do końca. Myślę, że gdyby Michał nie był wtedy ze mną, nie ukończyłabym tych zawodów. Ostatnie 400 m przebiegliśmy za rękę! 
 
Za metą, z medalem na szyi, w objęciach Michała – po prostu się popłakałam.
Półmaraton dał mi nieźle w kość, a ukończenie go przyszło mi z ogromnym trudem (czas: 2:13). 


Następnym biegiem było 10 km w Żninie, do którego podeszłam z lekką rezerwą po złych wspomnieniach w Warszawie. Michał pobiegł swoim tempem, więc moim celem było dotrzeć jak najszybciej na metę, żeby za długo z Izą za mną nie czekali :) Było gorąco, a ja ciągle miałam w głowie półmaraton. Mimo to, bieg żniński ukończyłam w czasie 57 minut i moje morale trochę wzrosły. A medal za ukończenie biegu jest piękny!
Wszyscy z medalami :)
Do kolejnych zawodów miałam więcej czasu na przygotowania. Michał mimo moich sprzeciwów, zapisał mnie na ćwiartkę w Sierakowie, do której tak naprawdę zaczęłam się przygotowywać od października zeszłego roku. Wtedy rozpoczęłam moją naukę pływania kraulem. Początki były dość trudne, ponieważ kompletnie nie potrafiłam poradzić sobie z oddychaniem! Wiosną dołączyliśmy do barcińskiej sekcji triathlonowej, dzięki czemu uzyskaliśmy sporo cennych wskazówek, szczególnie odnośnie pływania. Zapisałam Izę na basen w Barcinie, więc w trakcie jej lekcji miałam czas, żeby trenować moje pływanie. Kiedy stwierdziłam, że pływam nieźle, Michał zabrał mnie nad jezioro, żebym mogła przed zawodami przekonać się, jak mniej więcej to będzie wyglądać. I dwa dni przed zawodami okazało się, że kraulem nie da się pływać w jeziorze, że mieszkają tam krokodyle i że na otwartej wodzie czuję klaustrofobiczny strach!! Dzień przed zawodami byłam tak zdenerwowana i rozkojarzona, że Michał stwierdził, że już mnie nie będzie zapisywać na żadne zawody.

Pocieszałam się tym, że do biegu i roweru czułam się przygotowana – limit czasu na rower i bieganie był jak dla mnie w zupełności osiągalny. Nawet na spokojnych treningach biegowych truchtałam szybciej, a na rowerze jeździliśmy zawsze znaczniej prędzej.
Lewitujący rower :D
W dzień zawodów, 15 minut przed startem Michała, stanęliśmy przed rozszalałym od wiatru jeziorem i trzęsąc się z zimna, bałam się panicznie wejść do wody. Michał wystartował, a ja miałam 30 minut na przygotowanie się. Przynajmniej 3 razy chciałam zrezygnować, ale w końcu weszłam do wody i powtarzałam sobie, że jeśli nie spróbuję, to nie dowiem się, czy dam radę.

Kiedy nadszedł mój czas, poczekałam aż wszystkie panie odpłyną i wtedy spokojnie zaczęłam płynąć. Bałam się przyspieszyć, żeby nie dopadł mnie atak paniki. Poza tym, nie chciałam nadwyrężyć nóg, bo czekało mnie 45 km roweru i 10,5 km biegu. Po drodze zaczepili mnie ratownicy, czy nie chciałabym zrezygnować, bo na łódce mają tylko jedną kobietę… To była ta sama pani, której życzyłam powodzenia przed startem :) Grzecznie podziękowałam i popłynęłam dalej. Po wyjściu z wody próbowałam się dowiedzieć, czy zmieściłam się w limicie, ale nikt nie potrafił mi pomóc. W końcu, w tych emocjach i adrenalinie pobiegłam dalej. Nagle poczułam, że ktoś mnie łapie za rękę i krzyczy, że biegnę w złą stronę. Po obraniu właściwego kierunku, odezwał się mój chip przy punkcie kontrolnym – plułam sobie w twarz za marnotrawstwo czasu, ale przestawiłam myślenie na przygotowanie do roweru.

W trakcie jazdy pogubiłam się w przerzutkach, więc jakieś 15 km jechałam z myślą, żeby dogonić Michała, aby mi pomógł. Po pierwszej pętli zaczęłam kombinować i spadł mi łańcuch. Zaliczyłam naprawę łańcucha i brudna od smaru wzięłam udział w sesji filmowej :) Na 35 km chcąc złapać banana, wyleciałam przez kierownicę, bo za mocno nacisnęłam przedni hamulec. Krzyknęłam przerażonym wolontariuszkom tylko: „Poproszę banana i jadę dalej”.

Odłożyłam szosę w strefie, która dzielnie zawisła w powietrzu i pobiegłam. Przypomniał mi się wtedy tekst Michała przed zawodami, że pierwszy raz widzi szosę, która wisi w strefie zmian nie dotykając ziemi kołem – uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam naprzód. Michał czekał na mnie ze swoim medalem i jak tylko mnie zobaczył krzyknął, żebym dużo piła i była ostrożna, bo trasa jest bardzo trudna i słońce mocno grzeje. Pobiegłam spokojnie i wyprzedziłam na trasie kilkanaście osób – nawet te, które mnie minęły, gdy naprawiałam łańcuch :)

Przed metą zrobiłam kilka pompek i wiedziałam, że to nie jest mój ostatni triathlon!
Spokojnie zmieściłam się w limicie (złamałam 4 godziny) i po moim debiucie nie miałam nawet zakwasów, więc w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się jechać w Bieszczady, gdzie miałam wystartować w Rzeźniczku – 27 km po naprawdę trudnej trasie górskiej. 
 
W drodze w Bieszczady!
Do tych zawodów podeszłam z ogromną chęcią i pełna entuzjazmu po triathlonie w Sierakowie. Z profilu trasy wynikało, że pierwsze 20 km jest pod górę, więc starałam się na początku nie pędzić. W momencie kiedy zaczął się szlak (po ok. 2 km. drogi szutrowej), wpadłam w tzw. tramwaj i klęłam pod nosem, że Ci wszyscy ludzie tak wolno idą pod górę! W miarę możliwości wyprzedzałam innych, a kiedy się dało biegłam.
 
Niepewność przedstartowa...
Pierwsze 15 km biegło mi się świetnie, choć wychodziłam z siebie, żeby wyprzedzać innych, bo chwilami było bardzo wąsko i co chwilę się potykałam o korzenie i kamienie. Na 15 km zatrzymałam się, żeby uzupełnić bukłak na punkcie żywieniowym i w biegu zaczęłam jedno z trudniejszych podejść. Miałam wrażenie, że wchodzę po ścianie wspinaczkowej! Wyciągnęłam batona Chia i dzielnie wspinałam się dalej. Mimo, że straciłam sporo energii na tym podejściu, każdy kolejny podbieg pokonywałam znacznie szybciej, a w szczególności, gdy wybiła godzina 12:00, kiedy Iza wystartowała w biegu Rzeźniczątek! Próbowałam wtedy zadzwonić do Michała, ale byłam na podejściu przed Jasłem i mój telefon odpowiadał mi po czesku.
Z Kasią Rakietą!
I w końcu Garmin pokazał 21 km! Przypomniałam sobie mój półmaraton i pomyślałam sobie, że te 21 km po górach znacznie łatwiej mi przyszło! Dogoniłam dziewczyny z przodu i z radością im oznajmiłam, że mamy za sobą półmaraton. Ponieważ nie podeszły do tego tak entuzjastycznie jak ja, to je wyprzedziłam i pobiegłam dalej.

Zaczęły się zbiegi – bardzo ostre zbiegi. Dzięki obozybiegowe.pl poznałam technikę zbiegania, więc wyprzedziłam mnóstwo ludzi na ostatnich kilometrach. Niestety, po drodze zaliczyłam kilka kamieni i wiedziałam, że będę musiała się pożegnać przynajmniej z jednym paznokciem :/ To mnie też trochę spowolniło i moje marzenie o złamaniu 4 godzin się nieco oddaliło. Ale nie poddałam się i z myślą o Michale oraz Izie, pracowałam mocniej piętami, żeby oszczędzić przednią część stóp.

Po 4 godzinach i 7 minutach w końcu dotarłam do mety. Byłam przekonana, że ostatni kilometr trasy będzie płaski, a okazał się pagórkowaty, więc sporo energii dodała mi Kasia, która z medalem na szyi pobiegła ze mną końcówkę! Oczywiście, wykonałam kilka pompek i za plecami usłyszałam głos Michała – dość zdziwiony, bo spodziewał się mnie później :)
 
Paznokcie nie są, aż tak potrzebne :D
Teraz, Michał jest Rzeźnikiem, ja Rzeźniczkiem, a Iza Rzeźniczątkiem :)
BIESZCZADY!!!!!