piątek, 6 września 2013

Jak zostałem Half Iron Man, czyli Panasonic Evolta Triathlon Borówno 2013

Noga za nogą, noga za nogą, noga za nogą - takie myśli mi towarzyszą na ostatnim kółku biegania... Reszta myśli, które mi towarzyszą absolutnie nie nadają się do cytowania no blogu! Jeszcze tylko kilometr! TYLKO 1 KM!!! Przecież to tyle co od Jacka domu do mnie! Tak blisko! Nie za bardzo wiem co się wokół mnie dzieje! W końcu widzę stadion! Już tak blisko! Już wiem, że mi się uda! W końcu Wbiegam na stadion...

Ale od początku. O moich marzeniach z tri pisałem już w relacji z Sławy, więc nie będę się powtarzał! Borówno jest ostatnim tri w sezonie i do tego bardzo blisko domu, więc ze względu na Izerską i inne zobowiązania wybór padł na ten tri. Zalogowałem się bardzo późno, bo dopiero 30 lipca, więc niestety musiałem płacić koszmarne wpisowe - 450 złotych :( Mówi się trudno... chcesz być połówka Iron Man w tym roku to płać.

Do Bydgoszczy przyjeżdżam chwilę przed odprawą techniczną. Dzwonię do Krasusa, czy już jest. Też już jest, więc chwilę później witam się z nim i NKŚ. Idę się zalogować i na odprawę techniczną. W Borównie pierwszy raz w tym roku były 2 strefy zmian. Jedna w Borównie po pływaniu, a druga na Zawiszy po rowerze. Słucham tego wszystkiego i strasznie skomplikowanie to brzmi... Zobaczymy jak to będzie. Po Zawiszy do Borówna, Kajtek zostawiony w strefie zmian. Mam luz do jutra.. Jadę na własne pasta party i do Mateusza. Szykuje sprzęt na jutro, siedzimy gadamy, pijemy piwko... Pomału czas iść spać...

Wstaję rano. Oj Boże stres to ja mam... Robię sobie owsiankę i ledwo pół zjadam... Nie jest dobrze. Szykuję izo i vitargo, bormanowe batony i żele. Mateusz mnie zawozi do Borówna. Na miejscu spotykam się z Młodym i Luizą, czyli ekipą z Blogów z podróży. Robota jaką odstawili przy zdjęciach i relacji na żywo rozkłada na łopatki:) Sprawdzam opony w Kajtku i pomału się szykuje! Zakładam piankę, zdjęcie z Krasusem i idziemy na start.






Skupienie przed startem i jednocześnie obawa jak to będzie...





W między czasie okazuje się, że start jest opóźniony bo tak wieje, że boja opłynęła! W końcu wszystko naprawione i ruszamy...





Ustawiam się na samym końcu, bo dobrze wiem, że z moją krytą żabką nie mam na pływaniu o co walczyć. Kurcze, ale wieje... Płynę sobie, a wszyscy coraz dalej ode mnie...

PŁYWANIE - 1.9 KM

Pływanie składało się z dwóch kółek. Po pierwszym był wybieg z wody, nawrotka przy bojce i znowu do wody na kolejne. Pierwsze kółko jakoś poszło i do wody na kolejne...



Zakręt przy pierwszej bojce i dalej... Ale mi już jest zimno... Zaczynam mieć dreszcze... Cały się trzęsę... Plus zaczynają mnie łapać skurcze w nogach... Staram się mocniej pracować rękami, a nogami delikatnie ale mało to daje... W pewnym momencie odpycham się tylko lewą nogą... Prawą ciągnę tylko za sobą z obawy by mnie nie złapał skurcz z którym nie dam sobie rady... Szybko mam już dość tego tri... Zaczynam poważnie rozważać myśli o wycofie... Skupiam się i płynę dalej. Kolejna bojka i już w kierunku brzegu. Cholera, ale ten balon SOLANO jest daleko... W końcu do niego dopływam i wybiegam z wody!!! Młody mi krzyczy, że jeszcze 3 osoby są za mną, czyli jednak nie jestem ostatni:P Na pływanie garmina założyłem tym razem na rękę, więc nie wiem ile przepłynąłem. Biegnę do T1.


PŁYWANIE - 1:15:37 - czyli żenada... Choć już w szatni po zawodach dowiaduje się, że pływania nie było 1.9 km, tylko około 2.4 km, bo jedna z bojek postanowiła iść sobie popływać...

Wybiegam przed T1 i widzę Ostrego! Dzięki Chłopie, że chciało Ci się przyjechać! Twoja obecność mi dała nowe siły!

T1

Tym razem poszło całkiem sprawnie. Ściągam piankę, skarpetki, SPD-ki, kask i w drogę! Pierwsza strefa zmian w  5:41 min.

ROWER

Zaczynam jechać! Kurde, ale mi zimno... Do tego bardzo mocno wieje, a mnie tak bolą ręce, że nie wiem, jak kierownicę złapać by mniej bolało. W międzyczasie gubię jednego batona, drugiego łapię dosłownie w locie i wkładam do kieszeni w stroju. Zakręt w kierunku Kotomierza, nawrót i już na Bydgoszcz. Zaczynam schnąć, więc od razu robi mi się cieplej. Sprawdzam średnią i żenada - 26 km/h... Zaczyna mi się fajnie jechać. Co prawda wieje jakby się wściekło, ale zaczyna być fajnie:) Ale mi się sikać chce... Analizuję sytuacje i dochodzę do wniosku, że przy stracie z wody jaką mam nie ma sensu sikać po triathlonowemu tylko normalnie się zatrzymam. Nawrót w Bydgoszczy i wracam do Borówna. Jedzie mi się coraz lepiej, wyprzedzam kolejnych zawodników i dość szybko jestem znowu w Borównie. Kończę pierwsze kółko i wjeżdżam w strefę bufetu. Niestety nie łapię bidonu z colą i ląduje on na ziemi.



Odpuszczam i jadę dalej, a nagle po nawrocie Młody do mnie dobiega i podaje mi ten nieszczęsny bidon:)

Drugie kółko równie fajnie mi się jedzie. Wciąż wyprzedzam i tak sobie liczę w ile mogę rower ukończyć i sam się zaczynam dziwić swojemu tempu... Niestety na drugim kółku znowu pęcherz daje mi znać o sobie i znowu się zatrzymuje... Kolejny nawrót w Bydgoszczy, wciągam drugiego bormanowego batona i jadę dalej. Kurcze ile te batony mocy dają!

Kolejny raz w Borównie, kolejna cola i już ostatni raz do Bydgoszczy. No cholera znowu mam sikać... Ile można?!?!?! Kolejny postój i już do T2.



ROWER W 3:15:37!!! I awans o 40 miejsc. Jestem mega zadowolony! Na rower liczyłem ponad 3:30,a tu z tyloma postojami wykręciłem koło 20 min krócej niż chciałem:)

Mega dużo dobrego zrobiły nowe opony! Conti GP 4000S są naprawdę niesamowite!

T2
Zmiana SPD-ków na buty do biegania, kasku na czapkę i czas w drogę! Paweł i Jacek krzyczą do mnie! Fajnie, że chciało im się przyjechać. Cholera garmina zostawiłem przy rowerze! Tylko gdzie jest Kajtek! Przy wejściu do T2 oddałem go wolontariuszce! Wszyscy krzyczą do mnie, że nie tam gdzie biegnę jest wyjście z strefy! No wiem cholera tylko gdzie Kajtek. Wolontariusze szybko pomagają mi go namierzyć, przepinam garmina i w drogę! Łączny czas T2 - 2:38 min!


BIEGANIE

Jezu jak mi się biegnie! Łydka mega podaje, czuje się totalnie świeżo! Zasuwam ile mogę! Patrzę na chwilowe tempo na garminie - 5:10, 4:58  - cholera mega za szybko jak na mnie! Ale naprawdę świetnie mi się biegnie! Kończąc pierwsze kółko widzę Młodych i moich rodziców! Krzyczą, dopingują:)



 Wbiegam na stadion, Bartek Krasoń z żoną mi kibicują, gdy przebiegam koło mety. Pytam czy Krasus już ukończył i krzyczą, że zaraz będzie na mecie. Dostaję opaskę na rękę i szczerze mówiąc początkowo zupełnie do mnie nie dociera po co ona... Ale zakładam na rękę i dopiero po chwili do mnie dociera, że tak liczą ilość okrążeń...

Drugie kółko już nie było taka sielanką... Zaczynam czuć wysiłek, który już miałem wcześniej i już wiem, że przeszarżowałem na początku biegu... Staram się nie zwalniać, ale jest już kiepsko...

Kończę drugie kółko, obiegam stadion, punkt żywieniowy i biegnę dalej.


Wybiegam z stadionu i przebiegam obok rodziców. Tata mi się pyta czy dam radę i zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie wiem! Muszę naprawdę średnio już wyglądać. Rozglądam się za Pawłem i Jackiem, bo chcę by jeden z nich pobiegł to ostatnie kółko ze mną i mnie podciągnął. Nigdzie ich nie ma, więc lecę sam. Tempo jest już żałosne. Marzę o tym by przejść do chodu. Ale wiem, że jeśli choć przez chwilę zacznę iść nie zmuszę się już do biegu... Więc biegnę dalej...
Noga za nogą, noga za nogą, noga za nogą - takie myśli mi towarzyszą na ostatnim kółku biegania... Reszta myśli, które mi towarzyszą absolutnie nie nadają się do cytowania no blogu! Jeszcze tylko kilometr! TYLKO 1 KM!!! Przecież to tyle co od Jacka domu do mnie! Tak blisko! Nie za bardzo wiem co się wokół mnie dzieje! W końcu widzę stadion! Już tak blisko! Już wiem, że mi się uda! W końcu Wbiegam na stadion...

META! W końcu widzę metę!



 I już jest! ZOSTAŁEM HALF IRON MAN!!!! Wygrałem sam z sobą i z swoimi słabościami! Jestem połową faceta z żelaza, tudzież facetem z półżelaza:) Niesamowite uczucie!!!



BIEGANIE W 2:18:50, czyli mega wolno...
A CAŁOŚĆ W 6:58:23...

Już wiem, że pomimo myśli na trzecim kółku, że ja tego wszystkiego nienawidzę, w przyszłym roku będą kolejne starty:)

Czy jest na stadionie jakiś lekarz?!:)



Na pytanie jak było najlepszą odpowiedzią jest to zdjęcie:)


UDAŁO SIĘ! Ukończyłem zawody, które od dawna byłą moim marzeniem!

Doświadczenie zdobyte bezcenne. Najważniejsza rzecz nauczyć się kraula i przepływać całą zimę! Wtedy czasy będą dużo lepsze! I spokojnie podejść do biegu na początku.

Pomysł z dwoma strefami zmian spokojnie do ogarnięcia i nie taki straszny jak na początku się wydawało.

Z minusów imprezy momentami słabo oznakowana trasa. Sam w jednym momencie nie miałem pojęcia gdzie jechać. Plus brak jakiegokolwiek picia na mecie. Na szczęście Młody mi załatwił bidon z izo od wolontariuszy. I nie podoba mi się brak koszulek dla średniego dystansu. Jednak fajnie by było mieć koszulkę na pamiątkę zwycięstwa z samym sobą... I masaż po zawodach powinien być darmowy. Na większości maratonów tak właśnie jest!

Z plusów bogaty pakiet startowy. Okulary Solano, plus kubek Solano dla finsherów, plus pasek na numer startowy. I bardzo mi się podobał materiał z którego był zrobiony numer startowy. Nie było mowy by się podarł, zamókł czy tym podobne.

A plany na przyszłość?!
W ten weekend obóz kondycyjny w Sierakowie.

Później dalsze zdobywanie Korony Maratonów Polskich, czyli starty w Warszawie i w Poznaniu. A po Poznaniu pewnie koniec sezonu startowego w tym roku! Chyba, że na jakieś PMNO się jeszcze skuszę:)

piątek, 23 sierpnia 2013

Z nieba do piekła i z powrotem, czyli IV Izerska Wielka Wyrypa!

Jakoś tak wychodzi, że ten sezon to sezon debiutów! Tak było i tym razem. Mój pierwszy Pieszy Maraton na Orientację to miał być Azymut pod koniec czerwca. Niestety został odwołany, a przez różne zobowiązania i inne zawody zadebiutować w PMNO mogłem dopiero na IWW. Z tego co czytałem wcześniej to jest duża i bardzo dobrze zorganizowana impreza:) I prawie do końca tak było poza jednym minusem, ale o tym później.

Do Lwówka Śląskiego, gdzie była baza zawodów dojeżdżam już w czwartek. Chcę mieć jeden dzień luzu przed zawodami, by sobie po ostatnim napiętym okresie odpocząć. Piątek mija leniwie z Krasusem i jego żoną:) Zwiedzanie Lubomierza, kawa w pałacu w Brunowie, spaghetti w Lwówku - mega chillout:)




Lwówek jest niesamowitym miastem! Słyszeliście o formule "3 in 1"?? Rynek we Lwówku absolutnie temu odpowiada:) Na rynku są zabytkowe kamieniczki + bloki z wielkiej płyty + szpital:)



Sobota rano. W biurze zawodów chcemy być w okolicach 7. Ogarniam się, wszystko szykuje, ubieram się i w drogę. Na miejscu poznaje kilku napieraczy, w tym między innymi w przelocie Marcina Kargola. Idziemy na start, krótka odprawa techniczna i jestem gotowy do drogi!

Gotowy do startu:)


Na Izerskiej już tak jest, że mapy są rozdawane w jakiejś odległości od startu. Biegniemy wszyscy razem do punktu z mapami. Od razu gubię gdzieś Krasusa i pomykam sobie sam. Dobiegam do punktu z mapami, chwytam ją, odbiegam kawałek i próbuję się ogarnąć. Fakt faktem, że problemów z nawigacją bałem się najbardziej...



Powyżej mapa z naniesionym moim trackiem z garmina. Decyduje się na chyba optymalny wariant, czyli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Próbuję ogarnąć kompas i za cholerę nic mi nie pasuje... Zaczynam biec, lecz mam wątpliwości... Orientuję mapę według miejsca skąd przybiegliśmy i wychodzi mi, że biegnę w kierunku PK 1... Nic mi nie pasuje... Od kiedy północ na mapie jest na dole?!?!?! Ponownie orientuje mapę i biegnę w kierunku PK 2, tak jak chciałem... I zaczyna mi w końcu świtać o co chodzi... Kompas mi padł... Zamiast północy pokazuje południe! Tak, to naprawdę możliwe. Podbiegam do nieznanej dziewczyny i pytam, czy ma może kompas pod reką i czy mógłbym zerknąć. Patrzy na mnie co najmniej dziwnie, ale się zgadza i moje przypuszczenia się potwierdzają... No dobra! Dam radę:) PK 2 znajduje bez problemu i decyduje się lecieć na azymut do PK 5. Idzie mi nieźle, gdzie się da to biegnę. Wybiegam na asfalt i cały czas lecę. Przy skręcie w bok z głównej drogi spotykam dwóch innych napieraczy i lecimy razem. Okazało się, że dłuższy czas tak będzie:) Do PK 5 docieramy wspólnie i lecimy do następnego punktu. Wciągam pierwszego bormanowego batona i napieram dalej. W drodze do PK 8 natykamy się na rzeczkę... Niby nie wielka ale suchą nogę przejść się nie da... Schodzimy do rowu w którym płynie, pierwszy z nas przechodzi przy pomocy złamanego drzewa suchą nogą, drugi też i ja! Moment, moment! Moja mapa mi odpływa... Dużo nie myśląc żegnam się z myślą o suchych butach i wskakuje do strumienia goniąc mapą! Złapana:) Lecimy dalej. W butach słyszę swojskie chlup. chlup:) Następny punkt bez żadnych przygód.

Takie piękne widoki były na trasie:)

Krótki posiłek i schodzimy do torów. Idziemy do PK 9 torami, gdy nagle z krzaków za nami wychodzi wielki pies... I idzie za nami... Na szczęście nie miał złych zamiarów, ale trochę strachu napędził! PK 9 w ruinach zaliczony i lecimy do Wlenia podbić PK 11 i na punkt żywieniowy. Uzupełniam bukłak wodą, kilka połówek pomarańczy, kilka rodzynek, sprawdzam skarpetki, które są już absolutnie suche i lecimy dalej. Z Wlenia wychodzimy torami i szukamy wejścia pod górę by przebić się na OS. Na zakręcie schodzimy i mozolna wspinaczka. OS 3 oznaczony jest jako skała, no i skały są... Kurde jak tu stromo... Chodzimy, szukamy... Ciut tu niebezpiecznie... Wychodzimy w końcu na górę i myślimy co dalej... Idziemy kawałek dalej i w końcu znajdujemy! Taka mała dygresja - punkt nie był przy skale tylko przy głazie narzutowym... OS 2 znaleziony bez problemu, schodzimy do szosy i idziemy do OS 3. Potrzebuję mięsa:) Wciągam kilka kabanosów i lecimy dalej. OS 3 też bez problemów. Tam rozdzielam się z chłopakami, gdyż chce biec. Schodzę na dół i zaczynam bieg. Lecę sobie spokojnie, ale moje plecy zaczynają mnie coraz bardziej niepokoić... Mega bolą...:( Podejście pod górę łąką!



Do Golejowa docieram bez problemu i napieram dalej do miejscowości Pławna Górna... Tylko, że w 1/3 kończy mi się ścieżka i napieram na azymut.. Trochę się gubię, w końcu odnajduje i schodzę na dół, gdzie dojście do drogi jest przez zamknięte gospodarstwo.. Hmm... Szukam przejścia, w końcu wracam i napieram wzdłuż ogrodzenia przez różnego rodzaju gęste krzaki.. W końcu wychodzę na asfalt, znajduje drogę do Nagórza i zaczyna być coraz gorzej.



Zaczyna mi siadać psycha... Słońce nie ustaje, plecy odmawiają posłuszeństwa, kilometry się ciągną, zamiast izo w bukłaku mam ciepłe, rozwodnione paskudztwo, na samą myśl, że mam coś zjeść jest mi niedobrze... W głowie krążą mi myśli w stylu: "Chłopie 43 km, gdzie wcale dużo nie biegłeś i Ty chcesz 2 maratony w tym roku jeszcze przebiec" i "po cholerę się do Borówna logowałeś". W myślach układam tytuł tego posta "Analiza porażki, czy IV Izerska Wielka Wyrypa" i układam hasła bojowe w stylu: "Wyrypo za rok to ja Ciebie wyrypie"... Marzę, nawet nie o zimnym piwie tylko o zimnej pepsi... Nie chcę się poddać, ale coraz bardziej krąży mi po głowie, by po PK 6 zejść asfaltem do bazy...

Przed PK 6 dogania mnie 3 innych napieraczy. Razem znajdujemy PK 6 i pytam ich co robią dalej bo ja mam wątpliwości. Mówią, że mam iść z nimi, więc długo nie myślę i lecimy razem. Kolejna przeprawa przez strumień - tym razem prawie sucha stopą. Do PK 4 ledwo docieram. Tam nie wytrzymuje i pytam jednego z nich czy mogę łyka pepsi! Jezu odżywam po 5 minutach! Znów jestem sobą:) Troche szukamy PK 3! Rodzielamy się, a jeden z moich towarzyszy przypomina sobie, że ma żel na mięśnie i naciera mi plecy! Jezu jaka ulga! Odżywam po raz drugi i rzucam pomysł, gdzie może być PK i go znajdujemy. W międzyczasie dostaje mesa od Krasua czy żyję, odpisuje gdzie jestem i dostaję mobilizacyjnego mesa: "Naku..wiaj":) PK 1 bez historii i wybiegamy na szosę przed Płuczkami Dolnymi, gdzie nota bene mam nocleg. I tu znów się wkradło zamieszanie... Czy czas ukończenia to 14 czy 15 godzin... Ktoś dzwoni do kumpla w bazie, który potwierdza, że 14 godz... A więc biegiem... Daję z siebie ile mogę by za dużo ich nie zgubić. Przy punkcie, gdzie były mapy spotykamy moich współtowarzyszy, z którymi się rozstałem po OSie. PK XX szukamy chyba w 10 osób absolutnie po ciemku... W końcu znajdujemy i się wszyscy rozdzielamy. Po zboczu w dól schodzę, a gdy zaczyna się asfalt znowu biegnę. Wiem, że Krasus i NKŚ czekają już na mnie w bazie. Biegne przez rynek 3 w 1 i w końcu widzę bazę! Wbiegam i idę oddać kartę! Ukończyłem swoje pierwsze PMNO w życiu:)

Zmęczony, ale przeszczęśliwy!

Nakręciłem w sumie 64 km w czasie 14:13 h. I szczerze muszę przyznać, że zakochałem się w tym napieraniu po lasach! I całe szczęście, bo nazwa bloga też zobowiązuje:) Na mecie Marcin się śmiał, że już wiem czemu w nazwie rajdu jest słowo "ekstremalny":) Oj wiem!:)

I tu wielki minus dla orgów... Tłumaczenia, że katering zapewniała firma zewnętrzna jakoś potrafię zrozumieć, ale po 14 godzinach na trasie chciałbym zjeść coś więcej niż drożdżówkę, a nic ciepłego już nie było...

Prysznic, cywilne ciuchy i jedziemy z Krasusem na piwo do jego znajomych, których wcześniej poznałem. I w końcu spać.

Rano mega zaskoczenie! Mes od Marcina z wynikami! JESTEM 37 NA 111 STARTUJĄCYCH!!!! Kurcze co za debiut!

A co dalej?! Już za 1.5 tyg najważniejszy start w tym sezonie, czyli 1/2 Iron Mana w Borównie. A później dalej zdobywanie Korony Maratonów Polskich, czyli starty w Warszawie i w Poznaniu.

A teraz moi mili najważniejsze! Akcja jest i można dużo dobrego zrobić!!! Krasus, Bo i Wybiegany robią co mogą by pomóc! Bartek, chrześniak Kuby od bloga Formatownia.pl, ma cztery lata i walczy z badziewiem zwanym guzem pnia mózgu! Jeśli tylko chcecie pomóc to wystarczy wpłacic jedyne 19,99 na konto:

Fundacja Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu
ul. Engestroma 22/6, 60-571 Poznań
numer konta: 72 1240 3220 1111 0000 3528 6598
z dopiskiem: Bartosz Pudliszewski.

Każda wpłata 19.99 lub jej wielokrotność skutkuje jednym lub kilkoma (w zależności od wielokrotności) losami konkursowymi, gdzie można wygrać nagrody, że hoho! Miliom w lotka to nic w porównaniu z magicznym bratem pimpusia dającym kilka koni mechanicznych więcej a do tego + 11476 do rowerowej stylówy!


Bidon w sam raz dla napieraczy, bo pełny węglowodanów!


I nagrodę nad nagrodami, czyli patelnię BO, którą wygrała w Lotto Poznań Triathlon!



A dodatkowe losy można sobie wybiegać! Wystarczy dołączyć do rywalizacji na endo! http://www.endomondo.com/challenges/12064351
Wpisowe do rywalizacji to wyżej wspomniane 19.99 zł. A do końca września za każde przebiegnięte 19,99 km też macie jeden los!
A z braku dostępu do tego konta potwierdzenia przelewu mailem trzeba wysłać na run.bo.blog@gmail.com lub krasus.biecdalej@gmail.com.

Nie wiem jak Wy, ale ja teraz biegam dla Bartka!

Sprzęt:
Buty - Brooks Cascadia (niesamowicie się spisały) + stuptuty Inov8 Debricoc 38 + skarpetki X socks run performance, opaski CEP Neon - rewelacja  im poświęcę osobny wpis, spodnie - Dobsom R90, koszulka adidasa, plecak Camelbak, czapka Nike, okulary z Decathlonu, czołówka Petzl, garmin 310xt, kompas silva. Tu, poza kompasem nienagannie!

Jedzenie:

Jeden bormanowy baton, kilka kabanosów, jeden batonik twixa + 5 litrów izo i kilka lyków pepsi:) zdecydowanie za mało zjadłem jak na taki wysiłek...

I jeszcze sam track z garmina:) Ale 16 stopni to było chyba tylko przed startem...

czwartek, 18 lipca 2013

Debiut w tri, czyli Sławski Festiwal Triathlonu!

Wyprzedzisz ich! Ostatnia para jaką jesteś w stanie wyprzedzić przed metą! Cholera szybko biegną! Jeszcze chwila wysiłku i będziesz! Będzie META!! Jeszcze moment! Jeszcze tylko chwila mobilizacji! Podkręcam tempo! Dochodzę ich i wyprzedzam! Chwile później wpadam na metę! UKOŃCZYŁEM SWÓJ PIERWSZY TRI W ŻYCIU!!!

Ale od początku! Triathlon był od dawna moim marzeniem! Na razie marzeniem nieosiągalnym jest ukończenie pełnego Iron Mana... Na to przyjdzie czas za 2-3 lata! Mam nadzieję :) Wiedziałem, że muszę zainwestować w sprzęt. Pod koniec zeszłego roku zacząłem jeździć i pytać i wszędzie słyszałem, że rower do tri to 5-6 tys... Oj na to to mnie nie stać... Plus jedna lekcja kraula na moim basenie to 85 zł... Pomyślałem, że na tri jeszcze przyjdzie czas...

Aż do końca maja, gdy rekreacyjnie pojechałem na basen. Bez żadnego przygotowania przepłynąłem żabką krytą 2.5 km... Po powrocie do domu poczytałem trochę w necie i się okazało, że nie samym kraulem triathlon żyje:) Następnego dnia rano przed praca pojechałem prosto do Najlepszego Serwisu Rowerowego na Pałukach z pytaniem czy nie wiedzą, czy ktoś by chciał sprzedać używaną szosę:) Używanej nie było, ale nowa to i owszem za ludzkie pieniądze i to w przystępnych ratach! Hmmm.... Tri w 2013 roku! Brzmi dobrze! Troszkę się zastanawiałem czy w ogóle, a później czy vento 1.0 czy 2.0. Padło na 1.0! To ma być moja pierwsza szosa na 3-4 lata! Zawsze mogę ją sobie ulepszyć, a zobaczymy czy ten tri taki fajny jak go malują! I na początku czerwca zaczęła się moja przygoda!:)

W 1/2 Iron Mana chcę zadebiutować w Borównie 3 września. Więc szukałem czegoś, gdzie bym mógł zdobyć doświadczenie. Padło na Sławski Festiwal Triathlonu! Nie za wielki dystans, w miarę blisko i ludzkie wpisowe! Zalogowany, opłacony, klamka zapadła:)W niedzielę pobudka o 5:30, Ada odprowadzona do rodziców. Ruszamy! Muszę być na miejscu w okolicach 9:30. Do 10 miało być czynne biuro zawodów, a do 10:45 otwarta strefa zmian. Na szczęście ruch był mały i do Sławy dojeżdżamy chwile po 9! Szybki rzut oka na jezioro, wzdłuż którego wiodła droga dojazdowa i hola, hola!! Moment! W tym mam pływać! Temperatura na zewnątrz koło 17 stopni i fala jak byk... Mogę już wrócić do domu??? Nie mogłem... Dojeżdżamy na parking i pierwszy duży plus do orgów! Centrum zawodów było zorganizowane na terenie Sławskiego Centrum Kultury i Wypoczynku! Duży parking, normalne toalety, brak kolejek! Jest dobrze! Tylko ta pogoda! 17 stopni, pochmurno, siąpi no i ta fala... W kolejce po pakiet startowy poznaję Sebastiana. Też ma swój debiut w tri! Ale za to jaki!!! Chapeau bas! 1:21 w debiucie! Dla mnie kosmos... Gadamy, gadamy, czekamy, czekamy....Pierwszy minus... Jedno miejsce obsługi dystansu open, gdzie startowało najwięcej zawodników...

W końcu się udało, pakiety odebrane, koszulka techniczna, więc super, w rozmiarze L, więc mnie super... Czas odstawić Kajtka do strefy zmian - Krasus po zachciankach Twojej Zuzy doszedłem do wniosku, że damskie imię to zły pomysł:)! I oczekiwanie.... Nudno było:) Ale dzięki temu przeszedł mi trochę stres debiutanta:) Choć pogoda zaczęła się poprawiać :)

W końcu nadeszła godzina startu! Mogę już jechać do domu??? Nie mogłem... No to ok! Idę do strefy zmian, piankę włóż i na start!.

PŁYWANIE

Idę do strefy oczekiwania!



Namęczyłem się trochę z moją 310 by ją pod czepek zmieścić, ale się udało! Choć przypominałem Predatora :P


W końcu start! Szybko odbijam na lewo by nie płynąc moją żabką kryta w największym ulu... Boże ale wieje! Dopływam do pierwszej boi! Kurde teraz będzie absolutnie pod wiatr! Nie zdążyłem tego nawet pomyśleć, jak mnie zalało i się zachłysnąłem! Uspokój się, dojdź do siebie i napieraj dalej!
Ok, jakoś poszło! Koniec pierwszej pętli.. O cholera, ale daleko jestem... Wybiegnięcie z wody...


... i drugą pętla! Pływanie chciałem ukończyć w jakieś 20 minut. Udało się w 21.02 co przy tych warunkach uważam za niezły wynik przy tych warunkach, ale wciąż absolutnie za słaby by walczyć w tri o cokolwiek! Pierwsza nauka - absolutnie zainwestować w płetwy w kraula! Według garmina zrobiłem 901 metrów zamiast 800...

T1

Wybiegam z wody i biegnę do strefy zmian! Ściągam czepek i oksy! Gdzie jest garmin, zgubiłem go, nie - mam go w ręce, rozpinam piankę w biegu i wpadam do strefy zmian! Pamiętacie relację Run Bo z Okuninka, gdy w trefie zmian stwierdziła "biegnę do Kuby, ooo ile jeszcze rowerów stoi, to mi się podoba." Miałem wprost odwrotnie! Patrzę, patrzę i myslę.. Hmmm jak tu pusto! Nieważne, przebrac się i dalej. Ściągam piankę, rzucam koło koszyka, wytrzeć stopy, skarpetki, koszulka, gdzie jest moja koszulka, i pasek do tętna, na kierownicy, gdzie zapięcie, koszulkę włóż, kask, okulary, SPD - chaos, totalny chaos!



 Koniec końców pierwsza zmiana zajęła mi 3:20 min! Jezus jeszcze herbatę mogłem sobie zaparzyć i ciasteczka piec...

ROWER

Wybiegam z Kajtkiem za linię, gwizdek, na rower wsiądź i dajemy!



Teraz musisz nadrobić by, aż tak wielkiego wstydu nie było! Na początek podjazd po polbruku, wyjeżdżam na asfalt i znowu wiatr prosto w twarz! WRRRR.... Staram się uspokoić oddech, napić i sięgam po bormanowego batona! Cholera jeden gdzieś się zgubił! Więc mam tylko jednego... Ok! Dystans nie jest długi! Dasz radę! Facet-w-zielonej-koszulce jest celem numer jeden! Ale duszę na te pedały, duszę, a on ciągle w tej samej odległości... WRRRRR..... I jeszcze ktoś mnie wyprzedza! O nie! SPDki, aż piszczą tylko, że wciąż pod wiatr! Sprawdzam średnie tempo -  25 km/h... Czy mogę zaprzestać juz tej kompromitacji i wrócić do domu? Nie mogłem....

Dajemy dalej! W końcu nowy, ładny asfalt się zaczął! Po nawrocie już jedzie Seba i krzyczy "dajesz"! No nie inaczej:) Dochodzę faceta-w-zielonej-koszulce, wyprzedzam i po nawrocie jest z wiatrem:) Cisnę mocno, 1, 2 , 3 wyprzedzony! W końcu zaczynasz nadrabiać - sobie myślę! Tylko pamiętaj, że jeszcze musisz sobie pobiegać dzisiaj! Kilku kolejnych wyprzedzonych, średnia podskoczyła do prawie 30 km/h, nawrót na terenie bazy zawodów i druga pętla! Mój błąd z pierwszej pętli to najwyższa przerzutka z przodu pod wiatr... Na drugiej z przodu mam dwójkę, a podciągnąłem z tyłu i wcale dużo z średniej nie tracę! Mijam kolejnych, nawrót, przypominam sobie scenę z "Za szybkich, za wściekłych" - pierwszy wyścig, zakręt i zbyt szerokie wyjście z niego i wyprzedzam kolejną osobę na nawrocie! Teraz już tylko do mety i bieg! Widzę przed sobą gościa do dojścia. Cisnę pedały, Kajtek daje ile może, gościa dochodzę, ale widzę kolejnego, dajemy dalej! Kolejny mój błąd... Nim się obejrzałem byliśmy na terenie bazy zawodów, a ja zapomniałem się napić... Gupi, gupi, gupi... po co żeś gonił tak, jak teraz jeszcze biec musisz...


Rower zakończony czasem 53:42!

T 2

Poszło nieźle! Zmiana butów, zostawienie kasku i w drogę - 1:39 min!

BIEG

Wybiegam ze strefy zmian! Że co, że pod tą górkę??? I tak 3 razy! Jak dobrze, że moje kochane Pałuki są pofałdowane! Cholera nie wiem kto jest na którym kółku. Z pierwszego kółka na bank nikogo już nie ma, ale kto jest na 2, a kto na 3... No matter! Daje ile mogę! Pierwszy podbieg nie poszedł tak źle! Trasa wiedzie po terenie Sławskiego Centrum Kultury i Wypoczynku, więc na doping nie można narzekać! Pierwsze kółko za mną! Nawet nieźle, drugi niestety zawaliłem... Spinam się na trzecie, chwytam kubek z wodą, prawie cały wylewam - nie potrzebuję tyle! Dwa łyki i kubek na bok! Byle do mety! Ostatnie metry! Znowu kilku wyprzedzonych! Jeszcze Ci przed Tobą! Wyprzedzisz ich! Ostatnia para jaką jesteś z stanie wyprzedzić przed metą! Cholera szybko biegną! Jeszcze chwila wysiłku i będziesz! Będzie META!! Jeszcze moment! Jeszcze tylko chwila mobilizacji! Podkręcam tempo! Dochodzę ich i wyprzedzam! Chwile później wpadam na metę! Bieg w 28:44 min.



UKOŃCZYŁEM SWÓJ PIERWSZY TRI W ŻYCIU!!!

 NIESAMOWITE UCZUCIE! Co widać po minie :P




Było super! Założeniem na te zawody było ukończyć poniżej 2 godzin! Udało się w 1:48:40! Gdyby nie to pływanie byłoby znacznie lepiej...





ZOSTAŁEM TRIATHLONISTĄ:) Po trochę ponad roku biegania, kilku pływaniach i 1.5 miesiąca treningach na szosie!

Kolejne zawody to kolejny debiut! Tym razem Izerska Wielka Wyrypa, czyli Pieszy Maraton na Orientację na dystansie 50 kilometrów! A później 1/2 Iron Mana w Borównie! Zobaczymy jak to wszystko pójdzie:)

wtorek, 28 maja 2013

Z przemysleń mojego roweru...

Stało się!!! Podsłuchałem mój rower i okazało się, że on też ma dwie natury!! Jedną beznadziejnie optymistycznie (BO) nastawioną do świata, mogącą w każdej chwili porwać się na każde, nawet syzyfowe zadanie i drugą, spokojną (S), umiarkowaną, rozważającą za i przeciw zanim się zdecyduje...



I te dwie natury starły się ostatnio w podsłuchanej przeze mnie rozmowie...

A było tak tak:
(S) Ty, optymista, słyszałeś co on znowu kombinuje?
(BO) A wiesz Ty smutasie, że też się nad tym zastanawiam!
(S) Ej, ja Ci dam smutasie! Bo po prostu rozważny jestem!
(BO) Taaa, bo dalej niż do pracy to strach jechać, nie??
(S) Może nie, że strach, ale zawsze pomoc blisko...
(BO) Nie wierzę w to co słyszę... I my jesteśmy jednym rowerem???
(S) Oj przestałbyś się już czepiać i mów co słyszałeś!
(BO) Tyle samo co Ty!! Nagle wziął Nas na 26 km, potem poszedł biegać... Dawno, poza drogą do pracy nigdzie nie jeździliśmy...
(S) No właśnie! Już myślałem, że nie zauważyłeś!
(BO)Zauważyłem, zauważyłem... Tylko co to może znaczyć...
(S) Mówi tylko coś o wielkim dealu, o sprawdzeniu się, o dużej ilości kilometrów...
(BO) Ciągle o tym mówi, ale on to przecież biegacz, a nie rowerzysta...
(S) No wiem tylko w ramach odmiany od tych paskudnych butów do biegania nas w końcu gdzieś zabierał!
(BO) Ehhhh... Nawet mi nic o nich nie mów, bo jakbym przejechał jednego i drugiego to rodzony szewc by ich nie poznał..
(S) Oj przestań już! Jego wybór...
(BO) To po co mi o nich przypominałeś!! Więc o co może mu chodzić??
(S) Obojętnie o co ja się na to nie piszę!!
(BO) Czemu nie???
(S) Stary już jestem!! Od ogólniaka nas ma! Wiesz kiedy to było??? Chrzęści mi już wszystko, przerzutki w górę nie działają!
(BO) Ale histeryzujesz!! Jak to nie działają! Dwie do góry, jedna w dół i wskakuje ta co ma :)
(S) I ja się na to nie godzę!
(BO) Oj przestań! Będzie przygoda! I na pewno Nas wcześniej do Bartka weźmie! Tylko wciąż nie wiemy o co chodzi!
(S) No do Bartka pojedziemy... Ale Ty za to będziesz się musiał z butami do biegania przeprosić! Bo to coś łączonego ma być!
(BO) A niech mnie... Ale mi humor popsułeś...
(S) Teraz o dziwo ja będę optymistą... Tak pomyślałem, że pewnie fajnego, nowego wyposażenia dostaniemy!
(BO) Masz rację!!! Coś będzie musiał ulepszyć!! Tylko zżera mnie ciekawość o co może chodzić...
(S) Sami nie wymyślimy... Musimy poczekać...
(BO) No niestety :(
(S) Kładę się! Rano do pracy musimy go zabrać!
(BO) Też mi wysiłek! 1.5 km przejechać...
(S) Nie mądrz się tylko też się kładź! Łańcuch Ci pęknie ze zmęczenia i co wtedy?? Przecież słyszałeś co się Skodzie stało pod Krakowem, nie??
(BO) No ok... Masz rację... Dobranoc
(S) Dobranoc

I to by było na tyle dyskusji! A o czym debatował mój rower??

Szczegóły wkrótce :)

środa, 1 maja 2013

Biegniemy dla Asi, czyli XII Cracovia Marathon 2013!

W końcu nadszedł piątek i wyjeżdżamy do Krakowa! Nie wiem co takiego jest w zawodach, że każdych wyczekuje jak kania dżdżu! Tudzież dżdżownic :) Mają w sobie coś magicznego. Tego elementu sprawdzenia samego siebie i rywalizacji z innymi nie da się porównać do żadnych innych odczuć!

Ale od początku. O akcji 42 do szczęścia dowiedziałem się niespełna 2 tygodnie przed biegiem. Szybka narada z chłopakami i decyzja, że bierzemy udział. W akcji chodzi o zebranie 42 tys złotych dla Asi Chałupy, która straciła nogę w nieszczęśliwym wypadku. Wieczorem napisałem do organizatorów i czekałem. Dostałem odpowiedź, że niestety podstawowe 42 miejsca są już obsadzone, ale możemy pobiec w teamie dodatkowym. I na to się zdecydowaliśmy.

Wyjechaliśmy z Agą i Pawłem ze Żnina w okolicach 12 i przy pięknej pogodzie ruszyliśmy na południe. Wszystko szło super, aż do postoju na stacji między Częstochową, a Siewierzem! Po wyjechaniu ze stacji nagle usłyszeliśmy głośne "KABUM", po tym z przodu "TSSSSSSSSSSSSSSS", a z tyłu tumany czarnego dymu. Już wiedziałem, że dalej nie pojedziemy,    a w przypuszczeniach, że poszła turbina upewnił mnie kuzyn... Stojąc w środku niczego organizowaliśmy pomoc z PZU i transport do Krakowa. Koniec końców udało nam się dotrzeć do Krakowa koło 22, ale to jeszcze nie koniec przygód! Po dostaniu się do salonu Skody i zostawieniu jej na parkingu czekaliśmy na auto zastępcze. Zostaliśmy bez gpsa ani niczego innego co by nas doprowadziło do hotelu. Pan od samochodu zastępczego nam bardzo dokładnie wytłumaczył którędy jechać na zasadzie "w prawo, lewo, POD rondem, a potem to już kierujcie się na opustoszały hotel z balonem"... Hmmm dla kogoś kto jest pierwszy raz w Krakowie po 20 latach nie był to zbyt dokładny opis! W końcu po 12 godzinach od wyjazdu dotarliśmy do hotelu.

Sobota zaczęła się od rozmów ze Skodą. Potem było już lepiej :) Po śniadaniu poszliśmy po pakiety startowe i na EXPO. W pakiecie była koszulka techniczna za co wielki plus dla organizatorów! EXPO było dość skromne. Mam wrażenie, że na połówce w Poznaniu było znacznie większe. Reszta dnia upłynęła na szwendaniu się po Krakowie w niebotycznie wysokich temperaturach! Oj jeśli jutro tak będzie to plan złamania 4 godzin będę mógł włożyć między bajki! 


Spartanie też byli:)


I przygotowania w sobotę przed snem!



Niedziela rano. W końcu!! I do tego pada i chłodno! Ale wierzyłem, że moja ulubiona prognoza pogody się sprawdzi i do 9.30 przestanie padać! A temperatura idealna :) Jak zwykle mam olbrzymi stres! Ledwie wcisnąłem w siebie owsiankę i trochę batona przed startem. Kawka, żelki węglowodanowe, izotonik w rękę i idziemy na start. 




Rozgrzewka, rozciąganie...





...pamiątkowe zdjęcie...




... i idziemy na start!

Jacek ustawia się w grupie na 3:45, my z Pawłem na 4 godziny. Start i lecimy. Początkowo jest strasznie ciasno, więc przebijanie się do przodu zajmuje nam trochę czasu. Kółko wokół krakowskich błoni i wybiegamy do miasta. Biegnie mi się niesamowicie!!! Ale czegoś mi brakuje... Oznaczeń kilometrów! I jak teraz to jeszcze nie jest tak dotkliwe to później okaże się wielkim mankamentem tej imprezy! Jesteśmy po około 5 km. Biegniemy z Pawłem ramię w ramię i pytamy gościa z garminem jakim tempem biegniemy! 5:27 - szok. To miało być moje tempo na połówkę w Poznaniu, a nie na maraton! A tu jeszcze muszę się stopować! Trasa jest super! Po uliczkach na starym mieście, przy barbakanie, 2 razy przez stary rynek, przy wawelu! Malowniczo :) Na starym mieście doganiamy i wyprzedzamy zająca na 4 h. Teraz już zostaje tylko jedno zadanie! Nie dać mu się dogonić :) Biegniemy, klaszczę razem z kibicami, na punktach odżywczych momentami biegnę tyłem by zobaczyć, gdzie jest Paweł! Dawno tak bosko mi się nie biegło.  Mija pierwsze 10 km, a my zgodnie z moją opaską mamy już ciut nadwyżki niż przewidywany czas na 4 h!!! Ludzie już się rozbiegli i przestało być tak strasznie ciasno! Kilometry mijają nawet nie wiem kiedy! 15km, 20 km i połówka! Widzę pozdrowienia dla mnie na telebimie :) Mamy 5 minut zapasu by złamać 4 godziny! I tutaj zaczyna się nuda... Długa, szara dwupasmówka w kierunku Nowej Huty :( Na 24 km mijamy gościa, który jest pierwszy! Tylko, że on już wraca i jest gdzieś mniej więcej na 34 km:) Krótka pętla po Nowej Hucie i tą samą nudną dwupasmówką wracamy. Właśnie przez ten odcinek nie za bardzo mam ochotę jeszcze kiedykolwiek biec w Krakowie.... Zaczynam już odczuwać ten bieg! Wciąż mamy naszą nabieganą nadwyżkę i w miarę trzymamy tempo. Baloników na 4 godziny za nami nie widać! Jest dobrze :)

32 km! Oj już czuję ten bieg! Wspomnienia z Palmy, gdzie na 32 dopiero przyspieszałem! Ale tam biegłem by ukończyć, a nie na określony czas! 33 km i wbiegamy na promenadę przy Wiśle! W końcu jakiś ładny odcinek trasy! Ale za to mocno wieje...

35 km! Chcę już usiąść...
38 km! Biegniemy przy barkach na Wiśle, gdzie w pubach siedzą ludzie przy piwku! Po co mi to bieganie??? 

Do połówki dzięki położeniu punktów odżywczych co 2.5 km wiedziałem mniej więcej gdzie jesteśmy! Teraz już mi się wszystko pomieszało... Po części ze zmęczenia po części z tego, że na trasie co jakiś czas były stare oznaczenia kilometrów, które nijak się miały do tego gdzie tak naprawdę jesteśmy! Oj wielki minus...

Zająca za nami wciąż nie widać! Paweł stwierdza, że jeśli go zobaczę, że się zbliża mam go zastrzelić by nas nie wyprzedził :P

40 km! Ostry podbieg do miasta znad Wisły i już końcówka.Cały czas biegniemy razem i holujemy się nawzajem! On biegnie to ja zanim. Ja biegną to on za mną. Jak razem zaczęliśmy to razem kończymy!

Już widać stadion! Ale jeszcze kolejna paskudna pętla wokół Błoni! Wrrrrrrrrrr klnę już na czym świat stoi! Niby już na miejscu, a jeszcze tak daleko! Słyszę obok siebie: "Tato proszę Cię biegnij sam" i odpowiedź "Wbiegamy na metę razem córeczko!! Pamiętaj, że teraz już biegnie tylko głowa"!!! Facet ma rację i mi też dodaje sił! Nogi już dawno mam jak z drewna! Od kilku km łapią mnie skurcze w łydkach. Staram się daleko prostować stopy by je rozciągnąć! Pomaga, ale nie na długo! I cała zabawa od nowa! Ostatnia prosta! Zakręt i jest meta! Nad metą czas 4:02! Wbiegamy z Pawłem na metę ramię w ramię! 

UDAŁO SIĘ!!!!!!!!!!! ZŁAMALIŚMY 4 GODZINY!!! Tylko nie znamy jeszcze dokładnego czasu netto! Odbiór medalu i folii. A propos medalu... Hmmm. No nie podoba mi się :(


Jakiś taki bez historii...

Pomny doświadczeń z Poznania tym razem umówiłem się z Agą w konkretnym miejscu :)


I zdjęcie po biegu! :) Każdy z nas ukończył :) Każdy z nową życióweczką :) Jacek 3:42, my po 3:57! Ale jestem dumny! Poprawiłem swoją życiówkę o ponad 22 minuty przez pół roku :)

KORONA MARATONÓW POLSKICH vs. JA: 0:1 :)

A plany na przyszłość... W czerwcu spróbować swoich sił w PMNO na 50 km. Kilka mniejszych biegów z grand prix województwa kujawsko-pomorskiego! I przygotowania do maratonów jesiennych w Warszawie i Poznaniu. Korci mnie by jakoś bardziej profesjonalnie zacząć trenować! Dlatego też spróbuję się dostać do wyzwania runner's world! A jak się nie uda to pomyślę, czy stać mnie na współpracę z Kancelarią Sportową Staszewscy! Nie mniej jednak na jesieni chcę zrobić nową hiper życióweczkę! :)

Jak będą zdjęcia na fotomaraton to uzupełnię wpis :)

wtorek, 23 kwietnia 2013

XX Bieg Żnina

Po połówkowaniu w Poznaniu w końcu nadszedł długo oczekiwany 21 kwietnia, czyli XX Jubileuszowy Bieg Żnina! Bieganie w swoim mieście zdecydowanie się różni od biegania gdziekolwiek indziej! Biegniemy całą trójką, czyli Paweł, Jacek i ja, ale każdy z Nas ma inne cele na ten bieg :) Paweł chce pobiec spokojnie, Jacek złamać 45 minut, a ja liczę na to, że może będzie miał gorszy dzień i uda mi się z nim wygrać i w związku z tym wygrać rakietę do tenisa :P

Rano trochę zaspałem i obudził mnie dopiero telefon Pawła, że jedzie opłacić start. Poprosiłem go by odebrał mi pakiet startowy i poszedłem z Adą na spacer. Małe śniadanko, kawka i zaczynam się szykować. Biegnę w świeżo kupionych skarpetkach kompresyjnych z Netto, które już mi się sprawdziły na treningach. Na start jedziemy z Agą samochodem. Gdy dochodzimy na rynek woła nas Paweł. Wspólna rozgrzewka, rozbieganie wokół Baszty i idziemy na start. Po Poznaniu moim celem na ten bieg było złamanie 50 min, ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc zamarzyło mi się to przebiec szybciej...

Start i lecimy. Trzymam się Jacka. I od początku czuję, że to będzie dla mnie za szybko... Trzymam się z Jackiem do 2 km gdy zaczął mi odbiegać. W duchu liczyłem na to, że później go jeszcze dorwę :) Uregulowałem oddech, nawrót na drodze do Skarbienic i pierwsza miła niespodzianka! Maciek z żoną są na nawrocie i dopingują.

Wracamy do Żnina i koło dawnej Czapli stoi Aga. Luiza i Młody. Młody jak zwykle wykonał świetną robotę ze zdjęciami :)


Zaczyna pojawiać się więcej kibiców, którzy dodają skrzydeł. Kończę pierwsze okrążenie i lecę dalej. Zaczynam już trochę odczuwać ten bieg. Generalnie nie przepadam za bieganiem na tym dystansie. Od samego początku trzeba dawać z siebie wszystko i nie ma szans na odrobienie strat jak mi się udało w Poznaniu.


Kolejny nawrót i już prosto do mety :) Ale jeszcze kawałek trzeba przebiec... Już wiem, że Jacka nie dogonię, ale biegnę na absolutną życiówkę!! Daję z siebie ile mogę. Przed MKŻ wyprzedza mnie jakiś facet. Staram się pod niego podpiąć, ale po krótkim czasie nie daję rady :( Wyznaczam sobie punkty do których muszę dobiec! Koło Jedynki znowu pojawiają się kibice i znowu dodają mi sił. Duży Kościół, Sztandera, Ekonomik i ostatnia prosta do mety! Wychodzi mi, że mam zapas by skończyć w 48 minut, ale słyszę mega doping, więc daje z siebie wszystko i do mety lecę sprintem! W końcu META!!! I jak dla mnie niesamowite złamanie 48 minut :)



Jeszcze rok temu w tym samym biegu miałem 52:56! Ale dużo musiałem z siebie dać by taki wynik nabiegać!


Impreza generalnie na plus głównie przez znajomych kibiców, których było pełno na trasie biegu i zaktywizowanie miasta. Jednak niestety nie obędzie się bez łyżki dziegciu... Wpisowe na ten bieg wynosiło 30 złotych. Trochę dużo jak na pakiet startowy w którym był tylko numer startowy drukowany na zwykłej drukarce i włożony w koszulkę foliową i czip... Za to medal i tym razem bardzo mi się podobał :) Natomiast poza wszelką krytyką zostaje zachowanie strażaka, który zawodnika, który biegł na pierwszym miejscu skierował w złą stronę przez co przegrał... A wystarczył kawałek zwykłej taśmy by odgrodzić newralgiczne punkty trasy!!!

I moi prywatni kibice :)


Luiza, Aga i moja mama :) I jak zwykle czapki z głów dla roboty, którą Młody wykonał przy zdjęciach :)

A plany na przyszłość... Już w niedzielę Cracovia Maraton i bieg dla Asi. A po biegu Żnina zaczynam wierzyć, że uda mi się złamać 4 godziny. I pierwszy krok do zdobycia Korony Maratonów Polskich :)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Trzymaj tempo czyli VI Poznań Półmaraton!



W końcu nadszedł!!! Pierwszy start w tym sezonie! Długo wyczekiwany 7 kwietnia i start w połówce w Poznaniu. VI Poznań Półmaraton był moim sprawdzianem przed Cracovia Maraton. Sam nie wiedziałem na co mogę liczyć i w jakiej jestem formie. Co prawda przebiegałem całą zimę, ale to tutaj miałem się sprawdzić. Jeszcze 2 tygodnie przed zawodami zakładałem sobie, że bardzo bym chciał się zmieścić w 2 godzinach! Ale przełom nadszedł jak zmieniłem buty. Nowe Brooksy okazały się być jak stworzone dla mnie. Po zrobieniu 6.5 km w 31:24 min i świetnym czasie na 15,10 km w 1:24 h stwierdziłem, że zaryzykuje i spróbuje ukończyć te 21.095 km w 1:55! 

Ponieważ w niedzielę biuro zawodów było nieczynne, pojechaliśmy z Agą już w sobotę. Pierwsze pozytywne zaskoczenie było na Arenie, gdzie było biuro zawodów. Jako że startowało koło 6800 biegaczy, liczyłem się ze sporymi kolejkami. Wszystko jednak zaskakująco płynnie i szybko się odbyło. Odbiór pakietu startowego (w którym była koszulka techniczna), pasta party i zakup odżywek zajęło nam naprawdę mało czasu. Po Arenie pojechaliśmy do Młodego i Luizy na nocleg. Pogaduchy, przygotowanie stroju, kolacja, gra w rummikub, winko i nagle zrobiła się 1 w nocy! Oj późno! Najwyższy czas się kłaść! Rano bieg tą trasą:)


Z założenia mieliśmy wstać koło 6.30, jednak wszystko się nam przeciągnęło… Obudziłem się dość mocno zestresowany! Wyjście na balkon, sprawdzenie z Młodym pogody - na 9, czyli na start zawodów, zapowiadali -1 st i decyzja, że ubieram 2 koszulki techniczne z długim rękawem i wiatrówkę. Ze stresu już wiedziałem, że kanapki energetycznej kupionej dzień wcześniej nie zjem… Na szczęście Luiza przygotowała mi owsiankę z rodzynkami i tak pożywiony zapakowaliśmy z Młodym jego rower i pojechaliśmy na Maltę. Dojechaliśmy naprawdę szybko, parking i idziemy na start. Ostatnia wizyta w toi toiu. I coś przestało mi pasować! Za ciepło mi… Prosta zasada mówi, że jak wychodzisz na trening musi ci być chłodno. A mi było w sam raz… I drugie zaskoczenie tego dnia… W informatorze dla zawodników było podane, że odległość od parkingu do startu to około 1 km. No ok. 1 km to był, ale do bazy zawodów, a do startu na Baraniaka pewnie były z 2 km. Na szczęście zdążyliśmy. Gdy doszliśmy na metę, szybka decyzja, że ściągam jedną koszulkę, szybki striptease, buziak na szczęście od Agi i ustawiam się na starcie. W tym czasie dorwałem zająca, by definitywnie rozstrzygnąć dyskusję z wczoraj, czy zając prowadzi na czas netto czy brutto i… i dyskusja wciąż nierozstrzygnięta :), gdyż zająć powiedział, że na 1:40 prowadzą na brutto, a wolniejszych na netto… I bądź tu mądry :) Jako, że na 1:55 nie było zająca, plan na bieg był - trzymać równe tempo od samego początku dzięki garminowi od Jacka. NO I W KOŃCU! :) Spiker zapowiedział start i ruszyliśmy!

Według Liczydło biegowe (dzięki Krasus za polecenie:)) powinienem trzymać tempo 5:27. I pierwszy km zdecydowanie za wolny, bo aż 5:48. A potem już tradycyjnie włączył mi się respekt przed dystansem i biegłem zdecydowanie za wolno… 5:34, 5:39, 5:37, 5:29 - tak mijały mi kolejny kilometry. W tym czasie marzyłem, by dobiec do 6 km i oddać Młodemu rękawiczki, bo się gotowałem. Dobiegamy do 5 km i pierwszy punkt żywieniowy, więc chwytam żel. Niestety niefortunnie sporo żelu poszło nie tylko do buzi, ale na ręce… JEST 6 km! Biegnę, a tu przemiłe zaskoczenie! Aga z Luizą też tu są! Szybki podbieg, kolejny buziak na szczęście, pozbyłem się rękawiczek i biegnę dalej! 


A tu nagle Młody jedzie obok na rowerze i mnie woła :) Szybka sesja foto i dalej walka z dystansem :) 


Wciąż biegnę za wolno, ale w miarę trzymam tempo. Tylko ludzik w garminie na 5:27 coraz dalej ode mnie… A do tego przez rozlany żel strasznie kleją mi się dłonie… Takie niby nic, ale strasznie mnie to drażni. 9 km w tempie 5:25 i drugi punkt. Trochę żelu, popić wodą i resztą wody umyłem ręce! Ulżyło :) Jestem daleko za ludzikiem i według garmina biegnę na 1:57… Szybka decyzja. Trzymam to tempo do 12 km i wtedy spróbuję nadrobić to, co straciłem na początku! Młody w tym czasie robi niesamowitą robotę, bo co kilka km go widzę! Doping i foto w jednym :)


Póki co naprawdę dobrze mi się biegnie! 12 km i przyśpieszenie. 13 km robię w 5:22, 14 w 5:16. Początkowo chciałem znowu przyspieszyć na 15, ale mierz siły na zamiary! :) 


Decyzja - jeszcze jeden km w tym tempie i od 16 biegnę w trupa! W tym czasie widzę, że średnie tempo na garminie wciąż maleje! A może mi się jednak uda nadrobić to, co zmarnowałem na początku!!! Na 15 km sporo czasu straciłem na punkcie z wodą, bo niestety panie nie nadążały z nalewaniem :(


16 km! Daję, ile mogę! 17 km zrobiłem w 5:12. Zaczynam już naprawdę odczuwać skutki tego biegu, ale zaczynam wierzyć, że uda się ukończyć w 1:55! 18 km w 5:08. MAM DOŚĆ!! Ja już nie chcę biec! Zwolnię sobie i ukończę poniżej 2 godzin według pierwotnego planu… Szybkie spojrzenie na garmina. Zostały 3 km, a garmin pokazuje mi 15 minut do planowanego końca! I coś mi mówi: „To po to lecisz w trupa, by teraz się poddać??”. No way! Daje dalej! 19 km w 5:13. Na 20 gdzieś zamarudziłem, bo tylko 5:24. Za to 21 km w rewelacyjne, jak na mnie przy takim zmęczeniu, 5:01!!! Mój najszybszy kilometr na trasie był ostatnim! Młody jedzie obok i coś do mnie mówi. Docierają do mnie strzępy, że będzie przy samochodzie! Nie mam siły odpowiedzieć nic więcej niż „HRRRMMMM”…



Końcówka biegu! Skręt na Maltę i szybki zbieg z górki do mety! Aga z Luizą podobno gdzieś tam stały i podobno głośno krzyczały! Jestem w swoim świecie! Liczę się tylko ja, ostatnie metry i upływające sekundy!!! Jak mi później powiedziały miałem „nieobecny wzrok”… Cokolwiek to znaczy :) JEST META!!!! Widzę na zegarku nad linią mety 1:57! Już wiem, że jest dobrze, bo to przecież czas brutto!
UKOŃCZYŁEM VI POZNAŃ PÓŁMARATON!!! Oj, jak zacząłem krzyczeć ze szczęścia po przekroczeniu mety! Czas odebrać prześliczny medal i w końcu odsapnąć!




Tylko, jaki mam czas???
Niestety przy tej ilości biegaczy rozsądnym jest umówić się, gdzie się spotykamy po biegu… No, niestety tego nie zrobiliśmy, ale za to nauczka przed Krakowem! Koniec końców spotkaliśmy się dopiero po 40 min po skończeniu biegu… I pytanie, jaki czas… Aga mówi, że przyszedł już mes z wynikami, sprawdzam i JEST!!! 1:55.35 netto!!!!!

I nagroda od rodziców za złamanie 2 godzin :)


Biorąc pod uwagę, że 1:55 wymyśliłem sobie dopiero tydzień przed biegiem, uważam ten bieg za swój wielki sukces! A mogło być dużo spokojniej, gdybym od początku trzymał zaplanowane tempo… 
 
Wielkie dzięki dla Agi za znoszenie mnie przed startem, dla Luizy za owsiankę :), dla Młodego za kawał niesamowitej roboty przy zdjęciach, i dla rodziców, że chciało się im jechać 100 km, by tylko być na mecie :)

A plany na najbliższą przyszłość?? Zejść poniżej 50 min za 2 tygodnie na biegu Żnina i bardzo nieśmiały pomysł, by na Cracovia Maraton złamać 4 godz… Zobaczymy :)

I taka dygresja na koniec. I na pierwszym moim maratonie w Palmie i na połówce w Poznaniu były koszulki techniczne. Niestety, z tego co wiem, np. w Krakowie jest zwykła koszulka bawełniana. I tak się zastanawiam, czy warto przy takim rozmiarze imprezy zaoszczędzić kilka złotówek, by dać zwykłą koszulkę, której ja np. nigdy nie założę! A w koszulce z Palmy już biegałem, grałem w tenisa i byłem na wiosłach. Chyba warto dołożyć kilka groszy, ale dać zawodnikom strój, który ubiorą na trening i rozpropagują dana imprezę, niż dać koszulkę, która wyścieli dno szafy!