czwartek, 18 lipca 2013

Debiut w tri, czyli Sławski Festiwal Triathlonu!

Wyprzedzisz ich! Ostatnia para jaką jesteś w stanie wyprzedzić przed metą! Cholera szybko biegną! Jeszcze chwila wysiłku i będziesz! Będzie META!! Jeszcze moment! Jeszcze tylko chwila mobilizacji! Podkręcam tempo! Dochodzę ich i wyprzedzam! Chwile później wpadam na metę! UKOŃCZYŁEM SWÓJ PIERWSZY TRI W ŻYCIU!!!

Ale od początku! Triathlon był od dawna moim marzeniem! Na razie marzeniem nieosiągalnym jest ukończenie pełnego Iron Mana... Na to przyjdzie czas za 2-3 lata! Mam nadzieję :) Wiedziałem, że muszę zainwestować w sprzęt. Pod koniec zeszłego roku zacząłem jeździć i pytać i wszędzie słyszałem, że rower do tri to 5-6 tys... Oj na to to mnie nie stać... Plus jedna lekcja kraula na moim basenie to 85 zł... Pomyślałem, że na tri jeszcze przyjdzie czas...

Aż do końca maja, gdy rekreacyjnie pojechałem na basen. Bez żadnego przygotowania przepłynąłem żabką krytą 2.5 km... Po powrocie do domu poczytałem trochę w necie i się okazało, że nie samym kraulem triathlon żyje:) Następnego dnia rano przed praca pojechałem prosto do Najlepszego Serwisu Rowerowego na Pałukach z pytaniem czy nie wiedzą, czy ktoś by chciał sprzedać używaną szosę:) Używanej nie było, ale nowa to i owszem za ludzkie pieniądze i to w przystępnych ratach! Hmmm.... Tri w 2013 roku! Brzmi dobrze! Troszkę się zastanawiałem czy w ogóle, a później czy vento 1.0 czy 2.0. Padło na 1.0! To ma być moja pierwsza szosa na 3-4 lata! Zawsze mogę ją sobie ulepszyć, a zobaczymy czy ten tri taki fajny jak go malują! I na początku czerwca zaczęła się moja przygoda!:)

W 1/2 Iron Mana chcę zadebiutować w Borównie 3 września. Więc szukałem czegoś, gdzie bym mógł zdobyć doświadczenie. Padło na Sławski Festiwal Triathlonu! Nie za wielki dystans, w miarę blisko i ludzkie wpisowe! Zalogowany, opłacony, klamka zapadła:)W niedzielę pobudka o 5:30, Ada odprowadzona do rodziców. Ruszamy! Muszę być na miejscu w okolicach 9:30. Do 10 miało być czynne biuro zawodów, a do 10:45 otwarta strefa zmian. Na szczęście ruch był mały i do Sławy dojeżdżamy chwile po 9! Szybki rzut oka na jezioro, wzdłuż którego wiodła droga dojazdowa i hola, hola!! Moment! W tym mam pływać! Temperatura na zewnątrz koło 17 stopni i fala jak byk... Mogę już wrócić do domu??? Nie mogłem... Dojeżdżamy na parking i pierwszy duży plus do orgów! Centrum zawodów było zorganizowane na terenie Sławskiego Centrum Kultury i Wypoczynku! Duży parking, normalne toalety, brak kolejek! Jest dobrze! Tylko ta pogoda! 17 stopni, pochmurno, siąpi no i ta fala... W kolejce po pakiet startowy poznaję Sebastiana. Też ma swój debiut w tri! Ale za to jaki!!! Chapeau bas! 1:21 w debiucie! Dla mnie kosmos... Gadamy, gadamy, czekamy, czekamy....Pierwszy minus... Jedno miejsce obsługi dystansu open, gdzie startowało najwięcej zawodników...

W końcu się udało, pakiety odebrane, koszulka techniczna, więc super, w rozmiarze L, więc mnie super... Czas odstawić Kajtka do strefy zmian - Krasus po zachciankach Twojej Zuzy doszedłem do wniosku, że damskie imię to zły pomysł:)! I oczekiwanie.... Nudno było:) Ale dzięki temu przeszedł mi trochę stres debiutanta:) Choć pogoda zaczęła się poprawiać :)

W końcu nadeszła godzina startu! Mogę już jechać do domu??? Nie mogłem... No to ok! Idę do strefy zmian, piankę włóż i na start!.

PŁYWANIE

Idę do strefy oczekiwania!



Namęczyłem się trochę z moją 310 by ją pod czepek zmieścić, ale się udało! Choć przypominałem Predatora :P


W końcu start! Szybko odbijam na lewo by nie płynąc moją żabką kryta w największym ulu... Boże ale wieje! Dopływam do pierwszej boi! Kurde teraz będzie absolutnie pod wiatr! Nie zdążyłem tego nawet pomyśleć, jak mnie zalało i się zachłysnąłem! Uspokój się, dojdź do siebie i napieraj dalej!
Ok, jakoś poszło! Koniec pierwszej pętli.. O cholera, ale daleko jestem... Wybiegnięcie z wody...


... i drugą pętla! Pływanie chciałem ukończyć w jakieś 20 minut. Udało się w 21.02 co przy tych warunkach uważam za niezły wynik przy tych warunkach, ale wciąż absolutnie za słaby by walczyć w tri o cokolwiek! Pierwsza nauka - absolutnie zainwestować w płetwy w kraula! Według garmina zrobiłem 901 metrów zamiast 800...

T1

Wybiegam z wody i biegnę do strefy zmian! Ściągam czepek i oksy! Gdzie jest garmin, zgubiłem go, nie - mam go w ręce, rozpinam piankę w biegu i wpadam do strefy zmian! Pamiętacie relację Run Bo z Okuninka, gdy w trefie zmian stwierdziła "biegnę do Kuby, ooo ile jeszcze rowerów stoi, to mi się podoba." Miałem wprost odwrotnie! Patrzę, patrzę i myslę.. Hmmm jak tu pusto! Nieważne, przebrac się i dalej. Ściągam piankę, rzucam koło koszyka, wytrzeć stopy, skarpetki, koszulka, gdzie jest moja koszulka, i pasek do tętna, na kierownicy, gdzie zapięcie, koszulkę włóż, kask, okulary, SPD - chaos, totalny chaos!



 Koniec końców pierwsza zmiana zajęła mi 3:20 min! Jezus jeszcze herbatę mogłem sobie zaparzyć i ciasteczka piec...

ROWER

Wybiegam z Kajtkiem za linię, gwizdek, na rower wsiądź i dajemy!



Teraz musisz nadrobić by, aż tak wielkiego wstydu nie było! Na początek podjazd po polbruku, wyjeżdżam na asfalt i znowu wiatr prosto w twarz! WRRRR.... Staram się uspokoić oddech, napić i sięgam po bormanowego batona! Cholera jeden gdzieś się zgubił! Więc mam tylko jednego... Ok! Dystans nie jest długi! Dasz radę! Facet-w-zielonej-koszulce jest celem numer jeden! Ale duszę na te pedały, duszę, a on ciągle w tej samej odległości... WRRRRR..... I jeszcze ktoś mnie wyprzedza! O nie! SPDki, aż piszczą tylko, że wciąż pod wiatr! Sprawdzam średnie tempo -  25 km/h... Czy mogę zaprzestać juz tej kompromitacji i wrócić do domu? Nie mogłem....

Dajemy dalej! W końcu nowy, ładny asfalt się zaczął! Po nawrocie już jedzie Seba i krzyczy "dajesz"! No nie inaczej:) Dochodzę faceta-w-zielonej-koszulce, wyprzedzam i po nawrocie jest z wiatrem:) Cisnę mocno, 1, 2 , 3 wyprzedzony! W końcu zaczynasz nadrabiać - sobie myślę! Tylko pamiętaj, że jeszcze musisz sobie pobiegać dzisiaj! Kilku kolejnych wyprzedzonych, średnia podskoczyła do prawie 30 km/h, nawrót na terenie bazy zawodów i druga pętla! Mój błąd z pierwszej pętli to najwyższa przerzutka z przodu pod wiatr... Na drugiej z przodu mam dwójkę, a podciągnąłem z tyłu i wcale dużo z średniej nie tracę! Mijam kolejnych, nawrót, przypominam sobie scenę z "Za szybkich, za wściekłych" - pierwszy wyścig, zakręt i zbyt szerokie wyjście z niego i wyprzedzam kolejną osobę na nawrocie! Teraz już tylko do mety i bieg! Widzę przed sobą gościa do dojścia. Cisnę pedały, Kajtek daje ile może, gościa dochodzę, ale widzę kolejnego, dajemy dalej! Kolejny mój błąd... Nim się obejrzałem byliśmy na terenie bazy zawodów, a ja zapomniałem się napić... Gupi, gupi, gupi... po co żeś gonił tak, jak teraz jeszcze biec musisz...


Rower zakończony czasem 53:42!

T 2

Poszło nieźle! Zmiana butów, zostawienie kasku i w drogę - 1:39 min!

BIEG

Wybiegam ze strefy zmian! Że co, że pod tą górkę??? I tak 3 razy! Jak dobrze, że moje kochane Pałuki są pofałdowane! Cholera nie wiem kto jest na którym kółku. Z pierwszego kółka na bank nikogo już nie ma, ale kto jest na 2, a kto na 3... No matter! Daje ile mogę! Pierwszy podbieg nie poszedł tak źle! Trasa wiedzie po terenie Sławskiego Centrum Kultury i Wypoczynku, więc na doping nie można narzekać! Pierwsze kółko za mną! Nawet nieźle, drugi niestety zawaliłem... Spinam się na trzecie, chwytam kubek z wodą, prawie cały wylewam - nie potrzebuję tyle! Dwa łyki i kubek na bok! Byle do mety! Ostatnie metry! Znowu kilku wyprzedzonych! Jeszcze Ci przed Tobą! Wyprzedzisz ich! Ostatnia para jaką jesteś z stanie wyprzedzić przed metą! Cholera szybko biegną! Jeszcze chwila wysiłku i będziesz! Będzie META!! Jeszcze moment! Jeszcze tylko chwila mobilizacji! Podkręcam tempo! Dochodzę ich i wyprzedzam! Chwile później wpadam na metę! Bieg w 28:44 min.



UKOŃCZYŁEM SWÓJ PIERWSZY TRI W ŻYCIU!!!

 NIESAMOWITE UCZUCIE! Co widać po minie :P




Było super! Założeniem na te zawody było ukończyć poniżej 2 godzin! Udało się w 1:48:40! Gdyby nie to pływanie byłoby znacznie lepiej...





ZOSTAŁEM TRIATHLONISTĄ:) Po trochę ponad roku biegania, kilku pływaniach i 1.5 miesiąca treningach na szosie!

Kolejne zawody to kolejny debiut! Tym razem Izerska Wielka Wyrypa, czyli Pieszy Maraton na Orientację na dystansie 50 kilometrów! A później 1/2 Iron Mana w Borównie! Zobaczymy jak to wszystko pójdzie:)

wtorek, 28 maja 2013

Z przemysleń mojego roweru...

Stało się!!! Podsłuchałem mój rower i okazało się, że on też ma dwie natury!! Jedną beznadziejnie optymistycznie (BO) nastawioną do świata, mogącą w każdej chwili porwać się na każde, nawet syzyfowe zadanie i drugą, spokojną (S), umiarkowaną, rozważającą za i przeciw zanim się zdecyduje...



I te dwie natury starły się ostatnio w podsłuchanej przeze mnie rozmowie...

A było tak tak:
(S) Ty, optymista, słyszałeś co on znowu kombinuje?
(BO) A wiesz Ty smutasie, że też się nad tym zastanawiam!
(S) Ej, ja Ci dam smutasie! Bo po prostu rozważny jestem!
(BO) Taaa, bo dalej niż do pracy to strach jechać, nie??
(S) Może nie, że strach, ale zawsze pomoc blisko...
(BO) Nie wierzę w to co słyszę... I my jesteśmy jednym rowerem???
(S) Oj przestałbyś się już czepiać i mów co słyszałeś!
(BO) Tyle samo co Ty!! Nagle wziął Nas na 26 km, potem poszedł biegać... Dawno, poza drogą do pracy nigdzie nie jeździliśmy...
(S) No właśnie! Już myślałem, że nie zauważyłeś!
(BO)Zauważyłem, zauważyłem... Tylko co to może znaczyć...
(S) Mówi tylko coś o wielkim dealu, o sprawdzeniu się, o dużej ilości kilometrów...
(BO) Ciągle o tym mówi, ale on to przecież biegacz, a nie rowerzysta...
(S) No wiem tylko w ramach odmiany od tych paskudnych butów do biegania nas w końcu gdzieś zabierał!
(BO) Ehhhh... Nawet mi nic o nich nie mów, bo jakbym przejechał jednego i drugiego to rodzony szewc by ich nie poznał..
(S) Oj przestań już! Jego wybór...
(BO) To po co mi o nich przypominałeś!! Więc o co może mu chodzić??
(S) Obojętnie o co ja się na to nie piszę!!
(BO) Czemu nie???
(S) Stary już jestem!! Od ogólniaka nas ma! Wiesz kiedy to było??? Chrzęści mi już wszystko, przerzutki w górę nie działają!
(BO) Ale histeryzujesz!! Jak to nie działają! Dwie do góry, jedna w dół i wskakuje ta co ma :)
(S) I ja się na to nie godzę!
(BO) Oj przestań! Będzie przygoda! I na pewno Nas wcześniej do Bartka weźmie! Tylko wciąż nie wiemy o co chodzi!
(S) No do Bartka pojedziemy... Ale Ty za to będziesz się musiał z butami do biegania przeprosić! Bo to coś łączonego ma być!
(BO) A niech mnie... Ale mi humor popsułeś...
(S) Teraz o dziwo ja będę optymistą... Tak pomyślałem, że pewnie fajnego, nowego wyposażenia dostaniemy!
(BO) Masz rację!!! Coś będzie musiał ulepszyć!! Tylko zżera mnie ciekawość o co może chodzić...
(S) Sami nie wymyślimy... Musimy poczekać...
(BO) No niestety :(
(S) Kładę się! Rano do pracy musimy go zabrać!
(BO) Też mi wysiłek! 1.5 km przejechać...
(S) Nie mądrz się tylko też się kładź! Łańcuch Ci pęknie ze zmęczenia i co wtedy?? Przecież słyszałeś co się Skodzie stało pod Krakowem, nie??
(BO) No ok... Masz rację... Dobranoc
(S) Dobranoc

I to by było na tyle dyskusji! A o czym debatował mój rower??

Szczegóły wkrótce :)

środa, 1 maja 2013

Biegniemy dla Asi, czyli XII Cracovia Marathon 2013!

W końcu nadszedł piątek i wyjeżdżamy do Krakowa! Nie wiem co takiego jest w zawodach, że każdych wyczekuje jak kania dżdżu! Tudzież dżdżownic :) Mają w sobie coś magicznego. Tego elementu sprawdzenia samego siebie i rywalizacji z innymi nie da się porównać do żadnych innych odczuć!

Ale od początku. O akcji 42 do szczęścia dowiedziałem się niespełna 2 tygodnie przed biegiem. Szybka narada z chłopakami i decyzja, że bierzemy udział. W akcji chodzi o zebranie 42 tys złotych dla Asi Chałupy, która straciła nogę w nieszczęśliwym wypadku. Wieczorem napisałem do organizatorów i czekałem. Dostałem odpowiedź, że niestety podstawowe 42 miejsca są już obsadzone, ale możemy pobiec w teamie dodatkowym. I na to się zdecydowaliśmy.

Wyjechaliśmy z Agą i Pawłem ze Żnina w okolicach 12 i przy pięknej pogodzie ruszyliśmy na południe. Wszystko szło super, aż do postoju na stacji między Częstochową, a Siewierzem! Po wyjechaniu ze stacji nagle usłyszeliśmy głośne "KABUM", po tym z przodu "TSSSSSSSSSSSSSSS", a z tyłu tumany czarnego dymu. Już wiedziałem, że dalej nie pojedziemy,    a w przypuszczeniach, że poszła turbina upewnił mnie kuzyn... Stojąc w środku niczego organizowaliśmy pomoc z PZU i transport do Krakowa. Koniec końców udało nam się dotrzeć do Krakowa koło 22, ale to jeszcze nie koniec przygód! Po dostaniu się do salonu Skody i zostawieniu jej na parkingu czekaliśmy na auto zastępcze. Zostaliśmy bez gpsa ani niczego innego co by nas doprowadziło do hotelu. Pan od samochodu zastępczego nam bardzo dokładnie wytłumaczył którędy jechać na zasadzie "w prawo, lewo, POD rondem, a potem to już kierujcie się na opustoszały hotel z balonem"... Hmmm dla kogoś kto jest pierwszy raz w Krakowie po 20 latach nie był to zbyt dokładny opis! W końcu po 12 godzinach od wyjazdu dotarliśmy do hotelu.

Sobota zaczęła się od rozmów ze Skodą. Potem było już lepiej :) Po śniadaniu poszliśmy po pakiety startowe i na EXPO. W pakiecie była koszulka techniczna za co wielki plus dla organizatorów! EXPO było dość skromne. Mam wrażenie, że na połówce w Poznaniu było znacznie większe. Reszta dnia upłynęła na szwendaniu się po Krakowie w niebotycznie wysokich temperaturach! Oj jeśli jutro tak będzie to plan złamania 4 godzin będę mógł włożyć między bajki! 


Spartanie też byli:)


I przygotowania w sobotę przed snem!



Niedziela rano. W końcu!! I do tego pada i chłodno! Ale wierzyłem, że moja ulubiona prognoza pogody się sprawdzi i do 9.30 przestanie padać! A temperatura idealna :) Jak zwykle mam olbrzymi stres! Ledwie wcisnąłem w siebie owsiankę i trochę batona przed startem. Kawka, żelki węglowodanowe, izotonik w rękę i idziemy na start. 




Rozgrzewka, rozciąganie...





...pamiątkowe zdjęcie...




... i idziemy na start!

Jacek ustawia się w grupie na 3:45, my z Pawłem na 4 godziny. Start i lecimy. Początkowo jest strasznie ciasno, więc przebijanie się do przodu zajmuje nam trochę czasu. Kółko wokół krakowskich błoni i wybiegamy do miasta. Biegnie mi się niesamowicie!!! Ale czegoś mi brakuje... Oznaczeń kilometrów! I jak teraz to jeszcze nie jest tak dotkliwe to później okaże się wielkim mankamentem tej imprezy! Jesteśmy po około 5 km. Biegniemy z Pawłem ramię w ramię i pytamy gościa z garminem jakim tempem biegniemy! 5:27 - szok. To miało być moje tempo na połówkę w Poznaniu, a nie na maraton! A tu jeszcze muszę się stopować! Trasa jest super! Po uliczkach na starym mieście, przy barbakanie, 2 razy przez stary rynek, przy wawelu! Malowniczo :) Na starym mieście doganiamy i wyprzedzamy zająca na 4 h. Teraz już zostaje tylko jedno zadanie! Nie dać mu się dogonić :) Biegniemy, klaszczę razem z kibicami, na punktach odżywczych momentami biegnę tyłem by zobaczyć, gdzie jest Paweł! Dawno tak bosko mi się nie biegło.  Mija pierwsze 10 km, a my zgodnie z moją opaską mamy już ciut nadwyżki niż przewidywany czas na 4 h!!! Ludzie już się rozbiegli i przestało być tak strasznie ciasno! Kilometry mijają nawet nie wiem kiedy! 15km, 20 km i połówka! Widzę pozdrowienia dla mnie na telebimie :) Mamy 5 minut zapasu by złamać 4 godziny! I tutaj zaczyna się nuda... Długa, szara dwupasmówka w kierunku Nowej Huty :( Na 24 km mijamy gościa, który jest pierwszy! Tylko, że on już wraca i jest gdzieś mniej więcej na 34 km:) Krótka pętla po Nowej Hucie i tą samą nudną dwupasmówką wracamy. Właśnie przez ten odcinek nie za bardzo mam ochotę jeszcze kiedykolwiek biec w Krakowie.... Zaczynam już odczuwać ten bieg! Wciąż mamy naszą nabieganą nadwyżkę i w miarę trzymamy tempo. Baloników na 4 godziny za nami nie widać! Jest dobrze :)

32 km! Oj już czuję ten bieg! Wspomnienia z Palmy, gdzie na 32 dopiero przyspieszałem! Ale tam biegłem by ukończyć, a nie na określony czas! 33 km i wbiegamy na promenadę przy Wiśle! W końcu jakiś ładny odcinek trasy! Ale za to mocno wieje...

35 km! Chcę już usiąść...
38 km! Biegniemy przy barkach na Wiśle, gdzie w pubach siedzą ludzie przy piwku! Po co mi to bieganie??? 

Do połówki dzięki położeniu punktów odżywczych co 2.5 km wiedziałem mniej więcej gdzie jesteśmy! Teraz już mi się wszystko pomieszało... Po części ze zmęczenia po części z tego, że na trasie co jakiś czas były stare oznaczenia kilometrów, które nijak się miały do tego gdzie tak naprawdę jesteśmy! Oj wielki minus...

Zająca za nami wciąż nie widać! Paweł stwierdza, że jeśli go zobaczę, że się zbliża mam go zastrzelić by nas nie wyprzedził :P

40 km! Ostry podbieg do miasta znad Wisły i już końcówka.Cały czas biegniemy razem i holujemy się nawzajem! On biegnie to ja zanim. Ja biegną to on za mną. Jak razem zaczęliśmy to razem kończymy!

Już widać stadion! Ale jeszcze kolejna paskudna pętla wokół Błoni! Wrrrrrrrrrr klnę już na czym świat stoi! Niby już na miejscu, a jeszcze tak daleko! Słyszę obok siebie: "Tato proszę Cię biegnij sam" i odpowiedź "Wbiegamy na metę razem córeczko!! Pamiętaj, że teraz już biegnie tylko głowa"!!! Facet ma rację i mi też dodaje sił! Nogi już dawno mam jak z drewna! Od kilku km łapią mnie skurcze w łydkach. Staram się daleko prostować stopy by je rozciągnąć! Pomaga, ale nie na długo! I cała zabawa od nowa! Ostatnia prosta! Zakręt i jest meta! Nad metą czas 4:02! Wbiegamy z Pawłem na metę ramię w ramię! 

UDAŁO SIĘ!!!!!!!!!!! ZŁAMALIŚMY 4 GODZINY!!! Tylko nie znamy jeszcze dokładnego czasu netto! Odbiór medalu i folii. A propos medalu... Hmmm. No nie podoba mi się :(


Jakiś taki bez historii...

Pomny doświadczeń z Poznania tym razem umówiłem się z Agą w konkretnym miejscu :)


I zdjęcie po biegu! :) Każdy z nas ukończył :) Każdy z nową życióweczką :) Jacek 3:42, my po 3:57! Ale jestem dumny! Poprawiłem swoją życiówkę o ponad 22 minuty przez pół roku :)

KORONA MARATONÓW POLSKICH vs. JA: 0:1 :)

A plany na przyszłość... W czerwcu spróbować swoich sił w PMNO na 50 km. Kilka mniejszych biegów z grand prix województwa kujawsko-pomorskiego! I przygotowania do maratonów jesiennych w Warszawie i Poznaniu. Korci mnie by jakoś bardziej profesjonalnie zacząć trenować! Dlatego też spróbuję się dostać do wyzwania runner's world! A jak się nie uda to pomyślę, czy stać mnie na współpracę z Kancelarią Sportową Staszewscy! Nie mniej jednak na jesieni chcę zrobić nową hiper życióweczkę! :)

Jak będą zdjęcia na fotomaraton to uzupełnię wpis :)

wtorek, 23 kwietnia 2013

XX Bieg Żnina

Po połówkowaniu w Poznaniu w końcu nadszedł długo oczekiwany 21 kwietnia, czyli XX Jubileuszowy Bieg Żnina! Bieganie w swoim mieście zdecydowanie się różni od biegania gdziekolwiek indziej! Biegniemy całą trójką, czyli Paweł, Jacek i ja, ale każdy z Nas ma inne cele na ten bieg :) Paweł chce pobiec spokojnie, Jacek złamać 45 minut, a ja liczę na to, że może będzie miał gorszy dzień i uda mi się z nim wygrać i w związku z tym wygrać rakietę do tenisa :P

Rano trochę zaspałem i obudził mnie dopiero telefon Pawła, że jedzie opłacić start. Poprosiłem go by odebrał mi pakiet startowy i poszedłem z Adą na spacer. Małe śniadanko, kawka i zaczynam się szykować. Biegnę w świeżo kupionych skarpetkach kompresyjnych z Netto, które już mi się sprawdziły na treningach. Na start jedziemy z Agą samochodem. Gdy dochodzimy na rynek woła nas Paweł. Wspólna rozgrzewka, rozbieganie wokół Baszty i idziemy na start. Po Poznaniu moim celem na ten bieg było złamanie 50 min, ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc zamarzyło mi się to przebiec szybciej...

Start i lecimy. Trzymam się Jacka. I od początku czuję, że to będzie dla mnie za szybko... Trzymam się z Jackiem do 2 km gdy zaczął mi odbiegać. W duchu liczyłem na to, że później go jeszcze dorwę :) Uregulowałem oddech, nawrót na drodze do Skarbienic i pierwsza miła niespodzianka! Maciek z żoną są na nawrocie i dopingują.

Wracamy do Żnina i koło dawnej Czapli stoi Aga. Luiza i Młody. Młody jak zwykle wykonał świetną robotę ze zdjęciami :)


Zaczyna pojawiać się więcej kibiców, którzy dodają skrzydeł. Kończę pierwsze okrążenie i lecę dalej. Zaczynam już trochę odczuwać ten bieg. Generalnie nie przepadam za bieganiem na tym dystansie. Od samego początku trzeba dawać z siebie wszystko i nie ma szans na odrobienie strat jak mi się udało w Poznaniu.


Kolejny nawrót i już prosto do mety :) Ale jeszcze kawałek trzeba przebiec... Już wiem, że Jacka nie dogonię, ale biegnę na absolutną życiówkę!! Daję z siebie ile mogę. Przed MKŻ wyprzedza mnie jakiś facet. Staram się pod niego podpiąć, ale po krótkim czasie nie daję rady :( Wyznaczam sobie punkty do których muszę dobiec! Koło Jedynki znowu pojawiają się kibice i znowu dodają mi sił. Duży Kościół, Sztandera, Ekonomik i ostatnia prosta do mety! Wychodzi mi, że mam zapas by skończyć w 48 minut, ale słyszę mega doping, więc daje z siebie wszystko i do mety lecę sprintem! W końcu META!!! I jak dla mnie niesamowite złamanie 48 minut :)



Jeszcze rok temu w tym samym biegu miałem 52:56! Ale dużo musiałem z siebie dać by taki wynik nabiegać!


Impreza generalnie na plus głównie przez znajomych kibiców, których było pełno na trasie biegu i zaktywizowanie miasta. Jednak niestety nie obędzie się bez łyżki dziegciu... Wpisowe na ten bieg wynosiło 30 złotych. Trochę dużo jak na pakiet startowy w którym był tylko numer startowy drukowany na zwykłej drukarce i włożony w koszulkę foliową i czip... Za to medal i tym razem bardzo mi się podobał :) Natomiast poza wszelką krytyką zostaje zachowanie strażaka, który zawodnika, który biegł na pierwszym miejscu skierował w złą stronę przez co przegrał... A wystarczył kawałek zwykłej taśmy by odgrodzić newralgiczne punkty trasy!!!

I moi prywatni kibice :)


Luiza, Aga i moja mama :) I jak zwykle czapki z głów dla roboty, którą Młody wykonał przy zdjęciach :)

A plany na przyszłość... Już w niedzielę Cracovia Maraton i bieg dla Asi. A po biegu Żnina zaczynam wierzyć, że uda mi się złamać 4 godziny. I pierwszy krok do zdobycia Korony Maratonów Polskich :)

wtorek, 9 kwietnia 2013

Trzymaj tempo czyli VI Poznań Półmaraton!



W końcu nadszedł!!! Pierwszy start w tym sezonie! Długo wyczekiwany 7 kwietnia i start w połówce w Poznaniu. VI Poznań Półmaraton był moim sprawdzianem przed Cracovia Maraton. Sam nie wiedziałem na co mogę liczyć i w jakiej jestem formie. Co prawda przebiegałem całą zimę, ale to tutaj miałem się sprawdzić. Jeszcze 2 tygodnie przed zawodami zakładałem sobie, że bardzo bym chciał się zmieścić w 2 godzinach! Ale przełom nadszedł jak zmieniłem buty. Nowe Brooksy okazały się być jak stworzone dla mnie. Po zrobieniu 6.5 km w 31:24 min i świetnym czasie na 15,10 km w 1:24 h stwierdziłem, że zaryzykuje i spróbuje ukończyć te 21.095 km w 1:55! 

Ponieważ w niedzielę biuro zawodów było nieczynne, pojechaliśmy z Agą już w sobotę. Pierwsze pozytywne zaskoczenie było na Arenie, gdzie było biuro zawodów. Jako że startowało koło 6800 biegaczy, liczyłem się ze sporymi kolejkami. Wszystko jednak zaskakująco płynnie i szybko się odbyło. Odbiór pakietu startowego (w którym była koszulka techniczna), pasta party i zakup odżywek zajęło nam naprawdę mało czasu. Po Arenie pojechaliśmy do Młodego i Luizy na nocleg. Pogaduchy, przygotowanie stroju, kolacja, gra w rummikub, winko i nagle zrobiła się 1 w nocy! Oj późno! Najwyższy czas się kłaść! Rano bieg tą trasą:)


Z założenia mieliśmy wstać koło 6.30, jednak wszystko się nam przeciągnęło… Obudziłem się dość mocno zestresowany! Wyjście na balkon, sprawdzenie z Młodym pogody - na 9, czyli na start zawodów, zapowiadali -1 st i decyzja, że ubieram 2 koszulki techniczne z długim rękawem i wiatrówkę. Ze stresu już wiedziałem, że kanapki energetycznej kupionej dzień wcześniej nie zjem… Na szczęście Luiza przygotowała mi owsiankę z rodzynkami i tak pożywiony zapakowaliśmy z Młodym jego rower i pojechaliśmy na Maltę. Dojechaliśmy naprawdę szybko, parking i idziemy na start. Ostatnia wizyta w toi toiu. I coś przestało mi pasować! Za ciepło mi… Prosta zasada mówi, że jak wychodzisz na trening musi ci być chłodno. A mi było w sam raz… I drugie zaskoczenie tego dnia… W informatorze dla zawodników było podane, że odległość od parkingu do startu to około 1 km. No ok. 1 km to był, ale do bazy zawodów, a do startu na Baraniaka pewnie były z 2 km. Na szczęście zdążyliśmy. Gdy doszliśmy na metę, szybka decyzja, że ściągam jedną koszulkę, szybki striptease, buziak na szczęście od Agi i ustawiam się na starcie. W tym czasie dorwałem zająca, by definitywnie rozstrzygnąć dyskusję z wczoraj, czy zając prowadzi na czas netto czy brutto i… i dyskusja wciąż nierozstrzygnięta :), gdyż zająć powiedział, że na 1:40 prowadzą na brutto, a wolniejszych na netto… I bądź tu mądry :) Jako, że na 1:55 nie było zająca, plan na bieg był - trzymać równe tempo od samego początku dzięki garminowi od Jacka. NO I W KOŃCU! :) Spiker zapowiedział start i ruszyliśmy!

Według Liczydło biegowe (dzięki Krasus za polecenie:)) powinienem trzymać tempo 5:27. I pierwszy km zdecydowanie za wolny, bo aż 5:48. A potem już tradycyjnie włączył mi się respekt przed dystansem i biegłem zdecydowanie za wolno… 5:34, 5:39, 5:37, 5:29 - tak mijały mi kolejny kilometry. W tym czasie marzyłem, by dobiec do 6 km i oddać Młodemu rękawiczki, bo się gotowałem. Dobiegamy do 5 km i pierwszy punkt żywieniowy, więc chwytam żel. Niestety niefortunnie sporo żelu poszło nie tylko do buzi, ale na ręce… JEST 6 km! Biegnę, a tu przemiłe zaskoczenie! Aga z Luizą też tu są! Szybki podbieg, kolejny buziak na szczęście, pozbyłem się rękawiczek i biegnę dalej! 


A tu nagle Młody jedzie obok na rowerze i mnie woła :) Szybka sesja foto i dalej walka z dystansem :) 


Wciąż biegnę za wolno, ale w miarę trzymam tempo. Tylko ludzik w garminie na 5:27 coraz dalej ode mnie… A do tego przez rozlany żel strasznie kleją mi się dłonie… Takie niby nic, ale strasznie mnie to drażni. 9 km w tempie 5:25 i drugi punkt. Trochę żelu, popić wodą i resztą wody umyłem ręce! Ulżyło :) Jestem daleko za ludzikiem i według garmina biegnę na 1:57… Szybka decyzja. Trzymam to tempo do 12 km i wtedy spróbuję nadrobić to, co straciłem na początku! Młody w tym czasie robi niesamowitą robotę, bo co kilka km go widzę! Doping i foto w jednym :)


Póki co naprawdę dobrze mi się biegnie! 12 km i przyśpieszenie. 13 km robię w 5:22, 14 w 5:16. Początkowo chciałem znowu przyspieszyć na 15, ale mierz siły na zamiary! :) 


Decyzja - jeszcze jeden km w tym tempie i od 16 biegnę w trupa! W tym czasie widzę, że średnie tempo na garminie wciąż maleje! A może mi się jednak uda nadrobić to, co zmarnowałem na początku!!! Na 15 km sporo czasu straciłem na punkcie z wodą, bo niestety panie nie nadążały z nalewaniem :(


16 km! Daję, ile mogę! 17 km zrobiłem w 5:12. Zaczynam już naprawdę odczuwać skutki tego biegu, ale zaczynam wierzyć, że uda się ukończyć w 1:55! 18 km w 5:08. MAM DOŚĆ!! Ja już nie chcę biec! Zwolnię sobie i ukończę poniżej 2 godzin według pierwotnego planu… Szybkie spojrzenie na garmina. Zostały 3 km, a garmin pokazuje mi 15 minut do planowanego końca! I coś mi mówi: „To po to lecisz w trupa, by teraz się poddać??”. No way! Daje dalej! 19 km w 5:13. Na 20 gdzieś zamarudziłem, bo tylko 5:24. Za to 21 km w rewelacyjne, jak na mnie przy takim zmęczeniu, 5:01!!! Mój najszybszy kilometr na trasie był ostatnim! Młody jedzie obok i coś do mnie mówi. Docierają do mnie strzępy, że będzie przy samochodzie! Nie mam siły odpowiedzieć nic więcej niż „HRRRMMMM”…



Końcówka biegu! Skręt na Maltę i szybki zbieg z górki do mety! Aga z Luizą podobno gdzieś tam stały i podobno głośno krzyczały! Jestem w swoim świecie! Liczę się tylko ja, ostatnie metry i upływające sekundy!!! Jak mi później powiedziały miałem „nieobecny wzrok”… Cokolwiek to znaczy :) JEST META!!!! Widzę na zegarku nad linią mety 1:57! Już wiem, że jest dobrze, bo to przecież czas brutto!
UKOŃCZYŁEM VI POZNAŃ PÓŁMARATON!!! Oj, jak zacząłem krzyczeć ze szczęścia po przekroczeniu mety! Czas odebrać prześliczny medal i w końcu odsapnąć!




Tylko, jaki mam czas???
Niestety przy tej ilości biegaczy rozsądnym jest umówić się, gdzie się spotykamy po biegu… No, niestety tego nie zrobiliśmy, ale za to nauczka przed Krakowem! Koniec końców spotkaliśmy się dopiero po 40 min po skończeniu biegu… I pytanie, jaki czas… Aga mówi, że przyszedł już mes z wynikami, sprawdzam i JEST!!! 1:55.35 netto!!!!!

I nagroda od rodziców za złamanie 2 godzin :)


Biorąc pod uwagę, że 1:55 wymyśliłem sobie dopiero tydzień przed biegiem, uważam ten bieg za swój wielki sukces! A mogło być dużo spokojniej, gdybym od początku trzymał zaplanowane tempo… 
 
Wielkie dzięki dla Agi za znoszenie mnie przed startem, dla Luizy za owsiankę :), dla Młodego za kawał niesamowitej roboty przy zdjęciach, i dla rodziców, że chciało się im jechać 100 km, by tylko być na mecie :)

A plany na najbliższą przyszłość?? Zejść poniżej 50 min za 2 tygodnie na biegu Żnina i bardzo nieśmiały pomysł, by na Cracovia Maraton złamać 4 godz… Zobaczymy :)

I taka dygresja na koniec. I na pierwszym moim maratonie w Palmie i na połówce w Poznaniu były koszulki techniczne. Niestety, z tego co wiem, np. w Krakowie jest zwykła koszulka bawełniana. I tak się zastanawiam, czy warto przy takim rozmiarze imprezy zaoszczędzić kilka złotówek, by dać zwykłą koszulkę, której ja np. nigdy nie założę! A w koszulce z Palmy już biegałem, grałem w tenisa i byłem na wiosłach. Chyba warto dołożyć kilka groszy, ale dać zawodnikom strój, który ubiorą na trening i rozpropagują dana imprezę, niż dać koszulkę, która wyścieli dno szafy!

piątek, 1 marca 2013

TUI MARATHON PALMA DE MALLORCA 2012

Stało się! Wsiadamy w samolot w Poznaniu i lecimy na Majorkę. Na mój pierwszy maraton w życiu!!! Za 2 dni okaże się, czy moje treningi, które zacząłem w marcu, były wystarczające. 3 tygodnie przed maratonem co prawda przebiegliśmy 32 km, ale podobno maraton zaczyna się od 34 km. Zobaczymy też, na ile i czy w ogóle pomógł mi i Pawłowi tydzień chodzenia po Beskidach z plecakami od schroniska do schroniska. Krótkie przebieżki po powrocie wskazywały, że jest lepiej i, że nogi są silniejsze. Ale wszystko okaże się niedługo…  


Od początku. Wszystko zaczęło się w marcu. Siedząc z Jackiem i Pawłem na piwie stwierdziłem, że po poprzedniej zimie muszę zacząć coś ze sobą robić, bo się zasiedziałem J Chłopacy namówili mnie, żebym zaczął z nimi biegać. Co prawda biegam praktycznie od zawsze z większymi lub mniejszymi przerwami, ale zawsze to były krótkie przebieżki przed pracą, a nie prawdziwy trening. A co dopiero przebiegnięcie maratonu!!! Nie wiedziałem, czy pół roku mi wystarczy, by się dobrze przygotować! Ale zaczęliśmy biegać razem.

Pierwszy oficjalny bieg zaliczyłem po miesiącu odkąd zacząłem biegać. Był to Bieg Żnina na dystansie 10 km, który chciałem przebiec poniżej godziny. Udało się w 52,56 min. Bardzo się cieszyłem, ale moje wątpliwości się nasiliły, bo wielu obecnych tam biegaczy twierdziło, że pół roku to zdecydowanie za mało, by się dobrze przygotować. Ale trenowałem dalej…
Drugą kwestią pozostał wybór maratonu. Paweł miał już ukończony maraton w Poznaniu, a Jacek ukończył go 3 razy, więc tam niespecjalnie chcieli biec. Aż po pewnym dyżurze Jacek oświadczył, że był u niego znajomy lekarz, który bodajże od 5 lat corocznie biegnie na Majorce. Decyzja zapadła! Lecimy do Palmy!


Pierwsze,  co nas uderzyło po wylądowaniu, to duchota, jaka panowała na miejscu! Pomimo że to był październik, temperatura oscylowała w granicach dwudziestu kilku stopni! ZA CIEPŁO!!! Ale odwrotu nie było. Poza tym mieliśmy 2 dni na aklimatyzację. Trochę za mało, ale inaczej nie mieliśmy lotów. Piątek i sobota upłynęły nam na spokojnym chodzeniu po Palmie. Poza tym okazało się, że nasz hotel jest około 5 km od centrum, ale ta trasę pokonywaliśmy pieszo – w sobotę 2 razy J
Po powrocie z centrum w sobotę stwierdziłem , że zrobię sobie krótką przebieżkę. I chyba ta decyzja mnie uratowała. Założyłem nowe słuchawki kupione tuz przed wylotem. I całe szczęście! Okazało się, że są dla mnie strasznie niewygodne, a lewa słuchawka wciąż wypadała mi z ucha! Poza tym już po jednym kilometrze chwycił mnie przeraźliwy skurcz w łydkach! Ciężko mi się szło do hotelu, a o biegu nie było w ogóle mowy! Zaraz po powrocie do hotelu wziąłem magnez, a gdy po południu poszliśmy z powrotem na miejsce startu i kupiłem magnez do picia. I zdecydowanie słuchawki zostają w hotelu! Zawsze biegałem z muzyką, ale tym razem liczyłem na atmosferę na trasie! Zwiedzając weszliśmy do małego kościółka, gdzie zapaliłem świeczkę za powodzenie maratonu. Jak się później okazało, był to kościół św. Michała :)
 
Sobota w nocy! Coś nas budzi! DESZCZ!!!! LEJE DESZCZ! Szybko schowaliśmy buty z balkonu, na szczęście wciąż suche i pokrzepieni myślą, że powinno rano być chłodniej poszliśmy dalej spać.

W niedzielę wstaliśmy wcześnie i poszliśmy na śniadanie, które Jacek jakimś cudem załatwił godzinę wcześniej niż otwierali restaurację. Chwilę po 7 wyruszaliśmy na start. Stwierdziliśmy, że idziemy pieszo i potraktujemy to jako rozgrzewkę. Mieszkaliśmy w takiej ciekawej dzielnicy, że gdy wychodziliśmy, panie uprawiające najstarszy zawód świata dopiero zwijały się do domów… 

Na miejscu zacząłem się denerwować! Praktycznie każdy z biegaczy miał koszulki z innych maratonów, niektórzy na plecach mieli wypisane po kilkanaście. Co ja tu robię??? 

Niestety na kilka tysięcy biegaczy było tylko z 20 toi toiow i kolejka po horyzont :) Zostawiliśmy rzeczy w przechowalni i po krótkiej rozgrzewce poszliśmy na start. Nerwy minęły. Odwrotu już nie było, a dodatkowo udzielił mi się entuzjazm tłumu. Przed wylotem czytałem, że prawidłowo pobiegnięty maraton to taki, gdzie drugą połowę przebiega się szybciej niż pierwszą. Tak też chciałem pobiec.

9.00!! Strzał!! I Ruszyliśmy!!! Na początku biegliśmy razem, ale Jacek dość szybko wyrwał do przodu. Biegłem z  Pawłem. I stało się po pierwszym kilometrze! Łydki… Pawłowi powiedziałem, żeby biegł, a sam zacząłem truchtać. Około 4 kilometra ból był taki, że chciałem zrezygnować! Ale po to miałem tyle wyrzeczeń, tyle przebiegniętych kilometrów, tyle potu wylanego na treningach, żeby zakończyć swój pierwszy maraton po 4 kilometrach??? Mowy nie maJ Czasem już miałem takie skurcze i zawsze przechodziły koło 5 kilometra! Myślę sobie ten kilometr jeszcze wytrzymam! Przeszło dopiero na 8 kilometrze i mogłem skupić się na biegu i taktyce! Podłączyłem się pod grupkę Francuzów, którzy biegli w tempie, jakie mi odpowiadało. Na marginesie - zazdrościłem im wsparcia znajomych! Wynajęli rowery i do 21 km, gdy ich zostawiłem, 5 albo 6 razy mieli wsparcie na trasie! SUPER! Musiało ich to nieźle motywować! Na 10 km, zgodnie z tym co miałem zaplanowane, zjadłem jeden żel z glukozą przywieziony z Polski.



Pierwsze 21 km biegło najpierw wzdłuż portu, a później przepięknymi, ale też wąskimi uliczkami starego miasta. Niestety zrobiło się trochę ciasno, gdy dogoniły nas osoby biegnące półmaraton… Bieg z Francuzami momentami był mi za wolny, ale nie chciałem przeszarżować, by mieć siły na dalszy bieg. Co chwilę mijaliśmy albo zespoły muzyczne albo tancerzy. Ludzie świetnie dopingowali! 

Na 21 km zjadłem żel energetyczny i w okolicach 23 km stwierdziłem, że czas się pożegnać z Francuzami. Przyspieszyłem troszkę i wyprzedziłem kilka osób. Tym razem podłączyłem się do gościa, który biegł trochę szybciej niż Francuzi i stwierdziłem, że jego tempo mi odpowiada.
Trasa bardzo ciekawa i urozmaicona zaczęła się zmieniać, gdy rozdzieliliśmy się od półmaratończyków i pobiegliśmy dalej. Wiodła ona najpierw zwykłymi ulicami, później niezbyt pięknymi przedmieściami, drogą dojazdową na lotnisko, gdzie tylko jeden pas dla nas zamknęli, a po drugim normalnie odbywał się ruch, aż w końcu dzielnicą niemiecką, gdzie nawet gdyby mi dopłacili nie chciałbym mieszkać!!! Niekończące się szpalery hoteli, nazwy tylko po niemiecku i znaczna dominacja tej narodowości. Moim zdaniem, nie po to się gdzieś wyjeżdża, żeby nie widzieć różnicy między nowo odwiedzanym miejscem, a swoim miejscem zamieszkania…

Na 30 km, wciąż w hotelowej dzielnicy, wbiegliśmy na promenadę nadmorską, która miała nas już doprowadzić wprost na metę. Zjadłem kolejny żel z glukozą i stwierdziłem, że czas przyspieszyć. Od 32 do 37 km wstąpiły we mnie nowe siły!!! Przyspieszyłem dość mocno i wtedy wyprzedziłem najwięcej osób! Biegłem jakbym w ogóle nie czuł zmęczenia! Jakbym był w transie! Sławetny 34 km minąłem nawet nie wiedząc kiedy! W tym czasie lunął deszcz, ale na szczęście nie padało dłużej niż 5 min, za to solidnie. Przyjemna chwila ochłody, a słońce nad Majorką wysuszyło nas w momentJ Ale na 37 się przekonałem, że jednak ciut przesadziłem. Zjadłem ostatni żel energetyczny z kofeiną, ale musiałem zwolnić do wolnego truchtu. Już tak mało do końca!!! Wielu ludzi już szło, część leżała na ziemi i masowała nogi. Wolontariusze jeździli na rowerach i pomagali, gdy ktoś o to prosił. 

40 KM!!! Doczołgam się, a dam radę :) Znowu przyspieszyłem! Jest katedra! Co prawda jeszcze kawałek przede mną, ale już ją widać i z każdym krokiem jest bliżej!!! Znowu udało mi się wyprzedzić kilka osób i gnam prosto na metę. Zaraz, zaraz!!! GDZIE JA JESTEM??? GDZIE JEST META??? ŹLE POBIEGŁEM??? Meta jest w innym miejscu niż zaczynaliśmy! Po to włożyłem tyle wysiłku, żeby nie być sklasyfikowanym za pomylenie trasy??? Ale patrzę - ludzie biegną dalej. Okazało się, że aby nadrobić dystans do 42,195 w czasie biegu przestawili znak start/meta na drugą stronę dwupasmówki! Czyli jeszcze nie teraz!! Jeszcze kawałek muszę biec! Nagle słyszę mocny doping! To Jacek i Paweł, którzy już ukończyli mnie dopingują! Dam radę :) Ostatni nawrót, ostatnie metry pod górkę i JEST!!! META!!!!!!!!!!!!!!!! Ukończyłem swój pierwszy maraton w życiu!! Z czasem 4.20.07. 

Zacząłem krzyczeć ze szczęścia :) Udało się!



Niesamowite wrażenie! Pokonać samego siebie, własne słabości, ból, zniechęcenie i ukończyć bieg na tym osławionym dystansie!! Już wiem, że to był pierwszy, ale nie ostatni raz!

Co mnie zdziwiło to brak punktów z masażem i peacemakerów.

Ale wrażenia niesamowite :)



A z powietrza wyglądało to tak:


I nawet udało mi się na film załapać :)