wtorek, 23 września 2014

O tym co jest ważne w bieganiu, czyli Izerska Wielka Wyrypa 2014!


Co to był za weekend!!! Jeden z najlepszych w moim życiu! Co to były za zawody!!! Poszło mi najlepiej ze wszystkich moich startów!!! Wszystko przez cały weekend i całe zawody układało się tak po mojej myśli, że aż sam w to nie wierzyłem!

Nocleg mieliśmy w Wolimierzu, tylko 3 km od Giebułtówka, gdzie stacjonowała Magiczna Ekipa w składzie: Krasus z NKŚ, Jędrek, Paweł z Martyną oraz dorywczo Borman, Wybiegany, Maniek Kargol i Radek w Magicznym domku:)

W czwartek z Krasusem, Jędrkiem i Pawłem zaliczyliśmy prawie 50 km treningu rowerowego z finiszowym, prawie 10 km podjazdem na Stog Izerski. A wcześniej był podjazd do centrum Świeradowa Zdroju, gdzie szukałem w mojej szosie połówkowej przerzutki bo najniższe były za wysokie :P Jednakże emocje nam towarzyszące były niesamowite, a piwo wypite w schronisku na szczycie smakowało jak rzadko kiedy :) W późniejszym czasie dowiedziałem się, że podczas podjazdu mijaliśmy punkt antygrawitacyjny. Tłumaczę sobie, że dlatego było tak ciężko ;-)




Piątek nam minął na zwiedzaniu okolicy, 



a wieczór nad rozprawianiem nad kozami-zombie, samojeżdżącym rowerem Jędrka i odganianiu psa z dziwnymi zębami :P



 A jeśli ktoś by chciał temat kóz-zombie zgłębić to zapraszam na jędrkowego bloga :)

No i przyszła sobota oraz start zawodów! Chłopacy mnie odebrali o 6:50 i pojechaliśmy do Lubania, gdzie była baza zawodów. W międzyczasie patrzymy jak pięknie deszcz pada, w pewnym momencie Jędrek stwierdza, że w sumie zaczyna padać coraz mocniej! Natomiast wytłumaczenie Krasusa rozwiało wszelkie wątpliwości, że to nie coraz mocniej pada tylko samochód się nam zmniejsza przez co mocniej czuć deszcz :P

Na miejscu jesteśmy koło 7:30 i idziemy odebrać pakiet startowy. W międzyczasie witam się z Bormanem i Mańkiem Kargolem. Chłopacy startują na TP 25 i jak się później okaże zrobili świetne czasy!

Po krótkiej odprawie technicznej stajemy na starcie i w końcu POSZLI!
Pierwsze km wchodzą mi bardzo szybkie i wiem, że to nie moje tempo, ale stwierdzam, że do map dam radę, a nie chcę być za daleko od czołówki.

Biorę mapę, patrzę, myślę i dochodzę do wniosku, że w sumie to nie ma o czym myśleć… Kolejność zaliczania jest dość oczywista! Przy czym jest to pierwsza mapa, bo drugą dostaniemy dopiero na pkt żywnościowym. 


 Punkty 1 i 3 bez historii. Szybko dobiegnięte i namierzone. Kolejny jest pkt 6 i ciut przelatuje wejście w przecinkę. Cofam się i tnę przecinką wprost na niego. Podbijam go i chcę odbiegać a nagle ktoś mi z krzaków wyłazi! Czyżby kozy-zombie???? PK podbijałem równo z gościem z kijkami, więc mam nadzieję, że jednak kozy go pierwszego pożrą, a tu wychodzi Jędrek, a zanim Krasus i Paweł! Co do cholery – myślę… Szybki rzut oka na mapę, gdzie zrobiłem błąd, że jesteśmy tu razem, ale okazuje się, że chłopaki po drodze zwiedzali kamieniołom! Kolejne PK lecimy razem. Absolutnie zdaję sobie sprawę, że na dłuższą metę ich tempa nie wytrzymam! Gdy tniemy na azymut jest ok, ale gdy wychodzimy na drogę wciąż mi odbiegają! Do 7 PK mamy dość długi przelot drogą i ich gubię. Wpadam na punkt żywnościowy zastanawiając się czy jeszcze będą i są! Ze zmęczenia/przeoczenia/roztargnienia oddaję pierwszą mapę zamiast ją schować, wypijam w locie kubek wody i lecę z chłopakami dalej!


 
10 PK jeszcze zaliczamy razem, ale potem nie daję rady ich tempu i biegnę swoje! 8 i 9 wchodzą jak w masło i czas na OS. Dobiegam do pkt żywnościowego, robię sobie chwilę oddechu – czas coś na szybko zjeść i wypić. Odbieram mapę na OS i próbuję się namierzyć!

I się tak namierzam i namierzam, aż pojawiają się Jacek z Matrixem i na OS ruszamy razem. Dołącza do nas jeszcze Zuza, która nota bene zajęła 3 miejsce wśród kobiet! Szacun! :) OS zaliczony i czas wracać na normalna mapę. Kolejne PK to już formalność. Są na idealnej trasie powrotu do bazy i wchodzą bez problemu. Zuza nam odpadła po drodze, więc lecimy w trójkę. I w głowach zaczynają nam się pojawiać myśli, że złamać 7h to w sumie byłoby fajnie :P Jacek cały czas mówi, że on się nie pisze, ale koniec końców odchodzi nas zdecydowanie i z Matrixem możemy tylko jego plecy oglądać!!! Przy skręcie z asfaltu na PK 15 spotykamy Jacka i okazuje się, że ma taki skurcz w nogach, że się ledwo porusza. Mówię, że nie biegnę sam skoro tyle czasu biegliśmy razem, Jacek próbuje i zaczynamy znów razem biec. 15 PK znów bez problemu i Matrix zaczyna tracić siły i lecimy z Jackiem w dwójkę. Biegniemy, analizujemy i wizja złamania siódemki staje się coraz bliższa! :) A właściwie to już wiemy, że jeśli nagle nie stanie się kataklizm w postaci np. spadającego meteorytu to się nam uda! Wbiegamy do Lubania i pędem do szkoły. Ostatni trawnik tniemy na szagę i biegnąć wzdłuż ogrodzenia szkoły widzę Martę i Izę czekające na mnie! Ostatni zakręt, dziewczyny czekaja przy bramie do szkoły, a my w te pędy by siódemkę złamać! Przebiegam koło nich i jak się później dowiedziałem Izka pobiegła za mną :) Wpadamy do bazy zawodów, oddajemy karty startowe i JEST!!!! Siódemka złamana! Według garmina 47,63 km w 6:58 h! 17 msc wśród facetów i 19 msc w OPEN!!!! Czujecie?? :P Absolutnie takiego wyniku się nie spodziewałem! Jestem w 7 niebie :) Starczy powiedzieć, że w zeszłym roku na IWW miałem czas 14:13 h i nakulałem 64 km!!! I niesamowicie miło było od Jacka usłyszeć, że gdybym go nie pociągnął na końcu to 7 by nie pękła :) Jędrek, Krasus i Paweł są już czyściutcy i wypachnieni :P Niesamowicie miło, że na metę przyjechał Wybiegany i Radek z żonami! Ogólna radość, Marta daje mi piwo, a moja euforia nie ma końca! Gratuluję Mańkowi Kargolowi 2 msc na TP25 i wszyscy razem jedziemy na pizzę.

A wieczorem nocne Polaków rozmowy, jedzenie, piwko, filmy dla Smashing Pąpkins i picie przez Mańka piwa z jego pucharu! :)

Co jest najpiękniejsze w bieganiu? Wcale nie pokonany dystans, życiówki czy czas! Tylko LUDZIE! Zanim zacząłem biegać, poza Krasusem, nie znałem nikogo z ekipy magicznego domku! A teraz spędzamy razem czas, dyskutujemy, umawiamy się z kim i gdzie się widzimy na biegu i wszyscy razem po biegu pijemy piwo! To jest magia biegania! Bieganie nas połączyło i sprawiło, że mogliśmy tak cudowny weekend spędzić razem! I wszystkim razem i każdemu z osobna za to dziękuję! Bo był to weekend, który wyrył się w mojej pamięci srebnymi zgłoskami! A IWW? Nie ma opcji bym za rok się nie pojawił! Będę na pewno i postaram się znów być lepszy :) Jest to chyba jedyna impreza w roku na której wiem, że muszę być! I dopóki będę biegać to będę!




Tego weekendu nie zapomnę nigdy!!!!

I standardowo  track z endo:

piątek, 29 sierpnia 2014

Złosliwość rzeczy martwych, czyli Enea Poznań Triathlon


8:55 – wysiadamy z samochodu i zaczynamy z Luizą biec w kierunku Malty!
8:57 – dobiegamy do schodów prowadzących już do Malty i w tym momencie uzmysłowiłem sobie, że nie wziąłem chipa z samochodu… Młoda szybko dzwoni do Bartka, by wracał autem tam gdzie nas wysadzał, a mi każe biec z powrotem.
9:00 – dopiero co odbiegłem od Młodej do samochodu i słyszę strzał armaty, czyli wszyscy zaczęli płynąć! Wracam zrezygnowany do Młodej i mówię, że to bez sensu etc. Opieprza mnie, że nie po to tu jechaliśmy i każe biec po tego cholernego chipa. Więc biegnę :)
Wracam szybko i biegniemy razem do startu pływania, jednak przez ilość kibiców i bramki nie możemy przejść dalej… Szybka decyzja – próbujemy od strony strefy zmian. Dobiegamy tam, ale znów drogę zagradzają nam barierki. Na szczęście widzę panią sędzię w strefie i ją wołam. Tłumaczę, że samochód rano nie odpalił i pytam, czy jest jeszcze możliwość bym wskoczył do wody. Mówi, że taką decyzję to tylko sędzia główny może podjąć, ale nie wie gdzie jest. Na szczęście był w strefie i się zgodził pod warunkiem, że ukończę w regulaminowym limicie 1:30. Pytam ile czasu minęło. W odpowiedzi słyszę, że 15 minut, więc mówię, że dam radę się zmieścić! Szybko ubieram piankę (jeszcze nigdy jej tak szybko nie wciągnąłem) i z inną panią sędzią biegnę do miejsca gdzie zaczynali płynąć. Skakanie przez barierki w piance mogłoby zostać dyscypliną olimpijską :P
9:22 – wskakuję do wody i zaczynam płynąć!

PŁYWANIE
Na początku płynie mi się fatalnie… Próbuję kraulem, tracę orientację, zaczynam żabą – też fatalnie… Nagle koło mnie wyrasta jeden ratownik, zaraz drugi i trzeci. Czuję się jak inwalida pływacki, że aż taka obstawę muszę mieć :) Przechodzę do żaby i żartuje z nimi, że jeszcze się nie topię, tylko się spóźniłem :) Do pierwszej bojki jakoś dopływam, do drugiej też i w końcu w kierunku mety! I tu nagle coś się stało! Zaczęło mi się dobrze płynąć :) Daję kraulem cały czas, meta coraz bliżej, aż w końcu wychodzę :)

T1
Dość sprawnie bez żadnych kłopotów, ale wolno:)
T1 w 5:03.

ROWER

Zaczynam jechać. Specjalnie w sobotę nie zostawiałem picia by wlać je dopiero w niedzielę rano, a koniec końców zostałem bez łyka czegokolwiek. Myślę – no trudno, do pierwszego bufetu w Kostrzynie dam radę. Na zakręcie kibicuje Krasus z NKŚ i dodają sił :) Wyjeżdżam na warszawską i jadę w absolutnej samotności. Dziwnie tak się jechało rowerem zupełnie samemu po pustej dwupasmówce. Śmieję się sam do siebie, że o „samotności ultramaratończyka” to wiem, ale o „samotności triathlonisty” to jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem :P Niestety wieje prosto w twarz, więc nie rozpędzam się tak jakbym chciał. Poza tym, brak mi zasilania… Przez poranne perypetie ze skodą nic jeszcze tego dnia nie zjadłem…
W połowie trasy do Kostrzynia czuję, że naprawdę muszę się napić i jakby wywołany moimi myślami, pojawia się samochód obsługi i chłopacy pytają się czy chce pić. Mówię, że bardzo i dostaję od nich butelkę wody :)
W Kostrzyniu na nawrocie łapię izo i 2 żele. Żele do torebki, a izo w bidon i pedałuję dalej :) Jedzie mi się naprawdę kiepsko. Sędzia główny przed startem powiedział abym po włączeniu garmina nic nie zmieniał, bo na tej podstawie mnie zweryfikuje po zawodach, więc nie mam pojęcia z jaką średnią jadę. Generalnie szału nie ma…
W końcu znów Poznań, nawrót i zaczynam drugą pętlę. Przy skręcie na Maltę widzę Młodych. Luiza podaje mi powerbombę, ale niestety nie łapię jej i ląduje na asfalcie.

 
Kawałek dalej jest serwis Shimano i zatrzymuje się przy nich by mi opony dopompowali. Też miałem to zrobić rano, a czuje, że jest za małe ciśnienie.




Druga pętla bez większych przygód. Do Kostrzynia znów pod wiatr, z Kostrzynia z wiatrem. Od pierwszej pętli różni ją tylko to, że zaczynają mnie plecy boleć i coraz mocniej chce mi się jeść. W Kostrzyniu na nawrocie wciągam drugi żel, a trzeci tuż przed końcem roweru. 



Na zjeździe na Maltę znów widzę Młodych. Tym razem łapię powerbombę i szybko wypijam.

Rower w 3:12:58, czyli średnia poniżej 30 km/h, więc znacznie poniżej moich oczekiwań…

T2 w 2:37:24. Zostawiłem szosę, zmiana butów, kasku na czapkę, numer na przód i w drogę.

BIEG

Zaczynam bieg i od razu uderza mnie fala gorąca. Widzę, że większość zawodników koło mnie ma worki z lodem, ale nie mam pojęcia skąd je wzięli. Niedaleko za startem jest pierwsza kurtyna wodna i mocno zwalniam by się ochłodzić. I tak już będzie do końca biegu tego dnia… Naprawdę nie za bardzo jest co opisywać… Po prostu umarłem, odcięło mnie absolutnie. Człapiąc w tempie po 6:30 lub wolniej, nie miałem siły nie tyle przyspieszyć, co w ogóle trzymać tempa. Wielkie podziękowania dla ludzi, którzy z własnej woli rozłożyli się z wężem i wodą przy połowie pętli i polewali zawodników wodą oraz dawali pić.



Dobiegam do Młodych, na chwilę się przy nich zatrzymuje, biorę łyk wody i biegnę dalej.


 Na końcu pętli słyszę „o Michał biegnie” i widzę Łukasza, którego poznałem na majówce. Wielkie dzięki za doping! Dodawaliście sił :)
Drugie i trzecie kółko zupełnie bez historii. Nic się nie zmieniało poza tym, że czułem się coraz gorzej. Nie miałem na nic sił. Na drugim kółku chciałem zabrać worek z lodem, ale się skończyły. Kawałek dalej w cieniu widzę jeden całkiem pełny na ziemi, więc długo się nie zastanawiając podnoszę go i wkładam sobie na kark. Na końcu drugiego kółka widzę Krasusa walącego w Garnek Mocy!!! :) I słyszę jak krzyczy: „Michał Turek, Polska” :P To się cuda dzieją, Krasus z garnkiem mocy – pomyślałem :)

Na trzecim kółku podbiegam do Młodych i zakładam przygotowaną już wcześniej przez nich pą-koszulkę! Jeśli cokolwiek ma mi dodać sił to właśnie koszulka mocy. 


Dorota wciąż uważasz, że jestem fotogeniczny?? :P
Ale tego dnia nic mi sił nie dodawało… Ani pą-koszulka, ani power bomba! Ochłodzenie dawały kurtyny wodne, ale po chwili już znów byłem suchy i dalej droga przez mękę…

 
W końcu meta...
BIEG w 2:37:24 – czyli absolutna masakra… To jest prawie 50 min gorzej niż moja życiówka w półmaratonie. Doskonale wiem, że połówka i tri to nie to samo, jednakże taki bieg i tak nie powinien mi się przytrafić.



Zawody były bardzo fajnie zorganizowane. Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie pozaklejane tory tramwajowe, by jak najgładziej przejechać. W porównaniu z tym co było w Szczecinie to był dzień do nocy. „A jednak się da” – pomyślałem, jak to pierwszy raz zobaczyłem. Generalnie cała trasa rowerowa jest bardzo fajna i szybka. Zamknięcie całej dwupasmówki w obu kierunkach nie mogło być łatwym przedsięwzięciem, ale rezultat był super.

Mam mały problem z czasem w jakim ukończyłem. Według garmina 6:51:05, według oficjalnych wyników 7:13:27. Czas z garmina Młody podał sędziemu głównemu po ukończeniu zawodów, ale niestety nie został on uwzględniony w ostatecznych wynikach mimo, że taka była umowa. A tuż po poztri był Woodstock, więc wyniki sprawdziłem długo po czasie gdy można było się odwołać. Czyli według garmina poprawiłem moją życiówkę o siedem minut z kawałkiem.

Czy ja jestem zadowolony z tych zawodów? Nie.
Czy powinienem być? Po przeanalizowaniu na spokojnie – chyba jednak tak. Przy ilości rzeczy, które się zmówiły by źle pójść, przy porannych nerwach, braku porannej kawy (bez której nie funkcjonuje), przy braku śniadania i tylko 3 żelach na trasie samo ukończenie powinno być dla mnie sukcesem.

A złamanie „szóstki”? Wiem, że jestem na to gotowy, wiem, że 5:xx:xx to powinny być moje czasy na HIM. I do rzeźnika wszystkie moje treningi zapowiadały, że tak będzie, ale później splot różnych okoliczności troszkę mi plany pokrzyżował. A, że długo się zbierałem do napisania tej relacji, to teraz wiem, że do Borówna jadę tylko po fun z zawodów. Na złamanie 6h przyjdzie czas w przyszłym sezonie! I będzie to jeden z moich głównych planów na kolejny sezon :)

Tradycyjnie jeszcze track z endo. Specyficznie, bo bez rozdziału na dyscypliny tylko zbiorczo.



SPRZĘT:
PŁYWANIE: pianka Blueseventy Reaction
ROWER:
CROSS Vento 3 z lemondką + opony Conti 4000S
BIEG:
Buty Brooks PureFlow
Okulary Solano z tri w Borównie i czapka Nike
STRÓJ:
ZOOT + kompresy CEP + Garmin 310

ODŻYWIANIE:
Pozostawię bez komantarza…
3 żele AGISKO na rowerze

czwartek, 31 lipca 2014

Najdziwniejsze zawody ever, czyli I Unity Line Triathlon Szczecin!

To były niesamowicie dziwne zawody… Jeszcze nigdy na żadnych zawodach wszystko nie układało się tak, jak nie powinno! No może poza Dębnem…

Dojeżdżamy z Młodymi w sobotę wczesnym popołudniem. Odbiór pakietu startowego (bardzo fajny) i zakupy na expo. 

W oczekiwaniu na start w strefie :)
Okazuje się, że mojego ulubionego zestawu startowego nie ma, więc z Łukaszem z endushopu kombinujemy nowy. Power bombę można było kupić luzem, Agisko były, więc pozostaje kwestia izo na trasę i przedstartówki. Izo polecone przez Łukasza, a przedstartówka z enervita, jak przed połówkowaniem w Wawie. Jest dobra, ale jednak nie umywa się do mojej ulubionej. Już na pływaniu czuje braki i od razu na rowerze wciągam pierwszy żel.

Centrum imprezy było usytuowane na bulwarze przy Odrze. Ładnie i  malowniczo. Nic, póki co, nie zapowiadało oceny, jaką wystawię na końcu…Robimy, co mamy do zrobienia. Szosa do strefy, rzeczy do strefy, jedziemy do hotelu i wracamy do miasta. Na hotel spuśćmy zasłonę milczenia, bo za taką cenę powinno być coś więcej niż łóżko w pokoju…

Rano jedziemy dość wcześnie. Wchodzę do strefy, ostatnie sprawdzenie ciśnienia, wlanie izo – generalnie ogarnianie sprzętu. 


Znajdź pąpkinsa na odprawie :)
 Chwila krzątaniny i zbliża się 9, czyli godzina startu pierwszej grupy. Start, tak samo jak w Sierakowie, był w formule barcelońskiej. O 9 i 9:15 dwie tury krótkiego dystansu, a o 9:30 długi. Tuż przed 9 wciągam piankę i idę na start. A tam opóźnienie… No ok… Zdarza się. 

 
Czekamy i czekamy, a co chwilę zapowiadają, że to już za moment, więc nie ma sensu się rozbierać… A słońce coraz większe… MASAKRA! Ciężko sobie to wyobrazić, ale moi tri-czytacze zrozumieją… Wyobrażacie sobie stać w zapiętej po kark piance pół godziny na pełnym słońcu??? Też sobie tego nie wyobrażałem! W sumie miało to jeden plus! Nie było możliwości nalania wody do pianki, ale ilość potu skutecznie to wynagrodziła :P

 
W końcu o 9:30 startuje pierwsza grupa. Ruszają i prawie od razu pada hasło, że czasy pomiędzy startami zostaną skrócone i 2 grupa ma wchodzić. Udało mi się wejść w czołówce i trochę się do wody przyzwyczaić. Nagle pada hasło, że start za minutę i prawie od razu sygnał startu! Ale, że co? Że już?? No trudno! Płynę. Z relacji Bartka wiem, że w momencie startu część zawodników z 2 grupy jeszcze nie była w wodzie (o dopłynięciu do linii startu nie wspominając), a pierwszy z 1 grupy nie miał którędy wyjść z wody, bo go blokowały osoby na schodach, które jeszcze nie zdążyły wejść do wody…

Płynie mi się fatalnie. Pływanie w rzece to jednak nie mój poziom. Bogu dziękuję, że się na Kołobrzeg nie skusiłem (pamiętacie zdjęcia tych fal???). Po nawrocie przy drugiej bojce zauważam, że już są blisko ci z długiego dystansu, więc odbijam jak mogę na prawo… Trochę to daje, ale mimo wszystko i tak momentami jestem macany. Cholera - na pływanie w pralce to ja się nie pisałem… Po 3 boi nieświadomie stwierdziłem, że czas na wakacje i zaczynam płynąć ku morzu… Dżizas jak ja się tam pogubiłem… Ogarnąłem się dopiero widząc, że płynę na łódkę, której mimo wszystko jednak nie powinno być na trasie… Korekta, 4 boja i do upragnionego końca!



W końcu schody do wyjścia z wody. Podpływam, wolontariusze mnie łapią za ręce i wyciągają z wody i przydzwoniłem kolanem o kant schodów… Zaczynam biec do T1, patrzę na piankę i już mi się wydawało, że podarta, ale  na szczęście się okazało, że tylko kolano ucierpiało :)




Czas, aż wstyd pisać – 32:56 i 358 msc… No comment…

T1.


 
Nic ciekawego się nie wydarzyło… Metodycznie, punkt po punkcie zmieniam co mam zmienić, chwytam szosę i biegniemy.

Czas: 4:54 min.

SZOSA

Zaczynam jechać i wydaje mi się, że dość mocno jadę. Ale jakoś nikogo w zasięgu wzroku... Po takiej stracie z wody jednak to nic dziwnego :( Gładziutka dwupasmówka pozwala się ładnie rozpędzić. Szczęście jednak nie trwało długo… Orgowie zapowiadali etap rowerowy jako wolny, trudny i techniczny. A prawda była taka, że był on po prostu do dupy… W założeniu niwelować trudną trasę miały rzesze kibiców po drodze. W rzeczywistości było ich tyle co zawsze. Im bardziej się oddalaliśmy od bazy zawodów, tym mniej. Non stop zakręty 90 stopni, non stop tory tramwajowe, non stop bruk. Jazda gaz, hamulec, gaz, hamulec, gaz, hamulec… 


 W końcu wyjeżdżamy kawałek za miasto i normalny asfalt. W końcu mogę się rozpędzić i czekam na górkę na 11 km. Oj, górki to my lubimy. Podjazd rzeczywiście daje w kość, ale łykam na nim 7 osób. Zjazd, nawrót  i znów powrót na gaz – hamulec. Dość frustrujące, gdy się na pełnej prędkości mija kogoś na MTB,  a za moment na bruku on mija ciebie z uśmiechem na ustach… Jeszcze nigdy, przenigdy nie  widziałem na zawodach tylu osób prowadzących szosy lub zmieniających dętki! Nawrót na druga pętlę i znów to samo. Cały czas udaje mi się wyprzedzać, ale też cały czas muszę co chwilę hamować. Wkurza mnie niska średnia, więc co tylko się rozpędzam duszę w stójce ile mogę. Łykam kolejnych zawodników.


Dojeżdżamy do beczki nawrotowej na drugiej pętli i znów coś, co się nie zdarza… Wciskam przez przypadek garmina w lemondkę i czary mary jestem w T2… Cholera… Jadąc resetuję wszystko, przestawiam garmina na bike i jadę dalej. I tak sobie jadę, jadę po w miarę płaskim, w końcu podoba mi się średnia, wciąż mijam zawodników. I wisienka na torcie trasy rowerowej… Zielony van na mojej drodze… Przerzucam ręce z lemondki na manetki i wciskam hamulce do oporu! Niestety nie udaje mi się zatrzymać. Na tracku z garmina później widzę, że hamowałem z 37 km/h prawie do zera… Prawie jednak robi wielką różnicę… Uderzam w przednie koło samochodu, wybija mnie i łapię się maski.  Patrzę na kobietę za kółkiem, a ta z przerażeniem w oczach zaczyna cofać. To były ułamki sekund… Nie zdążyłem wypiąć SPD-ków i razem z szosą lądujemy na glebie… Jeden mi się w międzyczasie wypina i tak sobie leże próbując wyczepić drugiego. W końcu się udaje, i muszę się przyznać, że nie zachowałem się kulturalnie… Otwieram drzwi od strony pasażera i – cytować nie będę – w krótkich, żołnierskich słowach pytam, czy pani odbiło… Trzaskam drzwiami, sprawdzam szosę i ok, możemy jechać dalej. Widzę wolontariusza pytającego się pani, czy jest ślepa i policjanta idącego do niej. Całe szczęście szosa cała, tylko kolejne kolano poharatane.


Wpinam się w SPD-ki i dość szybko łapię osoby, które mnie w tym czasie wyprzedziły. Za chwilę koniec roweru, więc sięgam po powerbombę. Otwieram i w tym momencie wpadam w dziurę… 2/3 zawartości mam na ręce… Wypijam co zostało i tak patrzę na swoją rękę, że całkiem sporo tego jest… Widok gościa na rowerze, który jadąc dokładnie oblizuje swoją rękę musiał być bezcenny…

ROWER w : 1:33:58 i 157 msc


T2

Schodzi mi dłużej niż zamierzałem, gdyż przy płocie pojawia się Luiza, a ja mam tyle emocji w sobie po zderzeniu, że przebierając buty musiałem trochę się wygadać…

Czas: 1 min

BIEG

W końcu coś, co mi poszło!
Upał był niebotyczny! Rozpinam trisuit, i zaczynam biec. Czuję ten rower, ale wiem, że za chwilę minie. Na pierwszym pkt żywieniowym wypijam wodę i biegnę dalej. Na cholernym podbiegu jest dwójka kibiców, którzy wszystkich polewali wodą z spryskiwacza. Takiego normalnego jak do kwiatów! Życie ludziom ratowaliście! Dzięki :)

 
Co jakiś czas kogoś mijam, choć upał daje mi się we znaki… Na kolejnym punkcie wypijam kubek wody, kubek wylewam na plecy i kubek na głowę, a dziewczyny mi mówią, że dalej są gąbki! Cholera czemu ja ich wcześniej nie widziałem. Pierwszy raz w historii moich startów z  nich korzystam. Jedną pod czapkę, drugą z przodu pod trisuit i jest lepiej. Woda z nich cieknie i daje niesamowite uczucie chłodzenia :) Bieg po bruku nawet nie jest taki straszny, jak myślałem że będzie, oglądając go dzień wcześniej. 


Niestety gąbki wysychają w tempie absurdalnym i po chwili znów jest mega skwar. W cieniu jeszcze daję radę biec, ale w momentach pełnego słońca jest walka. Aż tu nagle przebiegamy przy remizie straży pożarnej i strażacy polewają wszystkich z węża :) Znów wracają siły i można przyspieszyć. Przez jakąś chwilę biegnę razem z innym zawodnikiem i razem narzekamy na to, jak trasa rowerowa wyglądała.

 
Kończę pierwsze kółko. Jak zwykle, tam gdzie są kibice dostaję animuszu i biegnę szybciej :) Niestety po zrestartowaniu garmina nie mam pojęcia jaki mam czas ogólny… Na prostej wzdłuż Odry w pewnym momencie są włączone prysznice i mega zwalniam, by jak najwięcej chłodu złapać. Kawałek dalej punkt, więc wypijam wodę i odwiedzam stoisko z wodą do gąbek! Znów jest znacznie lepiej :) Zaliczam pętelkę na promenadzie, znów podjazdem dla wózków do góry i lada moment ostatni mocny podbieg. Widzę kibicujących Młodych, podbiegam do nich i dają mi resztkę swojej wody, którą wylewam na głowę i plecy. Na podbiegu staram się nie zwolnić za mocno, ale nie do końca to wychodzi. Choć cały czas wyprzedzam. Nie jest to ten flow, co w Sierakowie, ale sprawia mi przyjemność. Kółko wygląda prawie identycznie jak pierwsze.


W słońcu ciut wolniej, w cieniu przyśpieszam, przy strażakach znów mocno zwalniam, by mnie porządnie wodą zlali. Naprawdę dodaje to sił :) Powoli zbliżam się do końca, znów są kibice i znów przyśpieszam coraz mocniej i mocniej jeszcze wyprzedzając. Widzę parę zawodników przede mną, ale wydaje mi się, że nie dam rady ich dojść. Mobilizuję się i lecę, ile fabryka dała. Mijam ich, ostatni nawrót i na prostej do mety mega sprint!



Przekraczam linię mety i JEST!

 
Dostaję medal jeszcze w biegu prawie taranując panią od medali…

Bieg w 54:24 i 131 msc :)


Kolejne tri doświadczenie za mną:) Podchodzi do mnie wolontariusz i pyta, czy może mi chipa odczepić. Ściągając go dotyka mojej łydki i mówi: „Oooo Stary, do basenu i to szybko” :) Wcale nie musiał mnie zachęcać :) Włażę do basenu tak jak stoję z medalem na szyi i w butach. Kładę się w tej wodzie tak, że tylko czubek nosa mi z wody wystaje i leżę z dobre 2 minuty. Cudownie chłodna jest tu woda! Po wynurzeniu zauważam obok gościa, który pije piwo i ja też chce jedno. Po chwili wracam do basenu z piwem w dłoni. Siedzę, chłodzę się, piję i gadam z innymi o wrażeniach, trasie etc. Moja opinie o trasie rowerowej nie jest odosobniona…

W końcu wychodzę z wody, znajduję Młodych i ubieram jedyna słuszną koszulkę:) Kilka pąpkinsowych fotek i czekam na otwarcie strefy zmian. 


W  tym czasie idę do strefy po hamburgera i naleśniki. Młody ma jeszcze jedno moje piwo, więc je sobie otwieram do jedzenia! Ale mi ten hamburger smakował!!! :) Siedzimy przy końcówce trasy, więc podchodzę do barierek i kibicuję każdemu zawodnikowi! Głównie na trasie są już sami z dystansu długiego.

„Nagle widzę kogoś z numerem z dystansu krótkiego więc drę się wniebogłosy: „Dajesz, to już finisz, ogień z du.. i na metę”. Kibicuję sobie dalej, aż słyszę spikera, że Maciek Dowbor wbiega na metę! I tak sobie myślę, że przecież nikt inny tu nie przebiegał i idę na druga stronę zerknąć co się dzieje na mecie. I się okazało, że biegł długi dystans, ale z numerem z krótkiego. Gdybym wiedział komu kibicuje, może bym kibicował w ciut innych słowach :P Ale jego 9 miejsce w open na długim robi wrażenie :)” 

W końcu odbieramy szosę, pakujemy się i do domu.
Moim zdaniem tri w Szczecinie nie był do końca przemyślany. A największe zastrzeżenia mam oczywiście do trasy rowerowej. Jak to ktoś powiedział, były to zawody na ukończenie, a nie na ściganie się. Są to chyba moje pierwsze zawody, na które nie wiem, czy będę miał ochotę wrócić. Jasne, że rozstrzygnie wszystko kalendarz startów na przyszły rok, ale powinni zmienić trasę rowerową! Ale jeszcze nigdy nie widziałem na trasie tylu osób zmieniających dętki czy naprawiających inne rzeczy. Nie do końca tak to powinno wyglądać.

Czas ogólny to 3:08:24. Znacznie gorzej niż tri w Sierakowie. Na początku byłem mega zły na siebie, ale po przeanalizowaniu na spokojnie stwierdziłem, że mogło być gorzej. Nad pływaniem muszę popracować (też mi nowość…) bo strasznie przez to tracę. A na szosie nie dało się tu szybko jechać.

środa, 25 czerwca 2014

O spełnianiu marzeń, czyli XI Bieg Rzeźnika :)

Od kilku dni zastanawiam się, jak podejść do tej relacji… Zawsze pisałem dokładnie tak jak było. Jak umierałem w Dębnie, to pisałem, jak umarłem po HIM w Borównie, też to napisałem, jak przebimbałem zimę przed połówkowaniem w Wawie, też tego nie ukrywałem. Zawsze pisałem dokładnie tak, jak było… Ale jak do cholery mam napisać, że Rzeźnik – najtrudniejszy ultramaraton w Polsce - przyszedł mi bez problemu? Jak mogę napisać, że przy takim wysiłku nie było łez ani złorzeczenia tylko uśmiech na twarzy? Jak mogę napisać, że przebiegłem 78 km po Bieszczadach na całkiem świeżych nogach? Już widzę te głosy, jak to robię z siebie nie wiadomo kogo… Ale, cholera nie będę kłamał, a tak właśnie było! Ale od początku…

To na nas czekało :)

Przyjechaliśmy w Bieszczady już w środę. Zatrzymaliśmy się w hotelu Chutor Kozacki w miejscowości Łukowe. Odreagowaliśmy trochę podróż i do spania. Ostatnia noc, by się wyspać. W czwartek zanim pojechaliśmy do Cisnej do biura zawodów objechaliśmy trasę na start w Komańczy. A, że most był zamknięty, dzięki Bogu, że to zrobiliśmy! Z 400 metrów mieliśmy polną drogą do przejechania. I gdyby nam ktoś nie pokazał, jak jechać, w życiu byśmy na tę ścieżkę nie trafili! Tym bardziej w środku nocy! Wypijamy z Jackiem piwo w Komańczy i wracamy do hotelu, by po chwili jechać do biura zawodów. Dojeżdżamy do Cisnej i idziemy się zalogować. Wszystko szybko i sprawnie, fajny pakiet startowy z koszulką techniczną (jedna z ładniejszych, jakie mam) i buffem specjalnie dla Rzeźnika. Zjadamy makaron na pasta party, wysłuchujemy odprawy technicznej i czas wracać odpocząć! Już dziś w nocy największe wyzwanie w sportowej karierze!

Budziki na 1 w nocy i spać. Mało snu, pobudka, śniadanie (naprawdę bez szału, jak na taki hotel mogli się bardziej postarać…) i Bożena nas zawozi do Komańczy na start. Jedziemy razem z Wojtkiem, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Po drodze wypijam przedstartówkę i szykujemy się. Stwierdzam, że jednak zostawiam czołówkę, a w zamian biorę polar i idziemy na start. Patrzę na tych wszystkich ludzi i zastanawiam się, gdzie ja jestem… 

Gotowy do startu :)
Ustawiamy się na wszelki wypadek z Jackiem prawie na samym końcu i czekamy na wystrzał. Strzał, odpalam garmina (na Rzeźniku nie ma podziału na brutto i netto) i powoli ruszamy. Praktycznie równo z wystrzałem zaczyna padać. Jacek już przed startem zakłada kurtkę. Ja ryzykuję lecieć bez. Nie chcę zapocić się, jak na Gwincie. Na początku daje radę, ale w pewnym momencie odpuszczam. Zatrzymujemy się na chwile i też zakładam. Kurtkę INOV 8 od Grzesia będę zawsze i wszędzie polecał! Jest mega! W końcu wbiegamy w las i robi mi się za ciepło. Razem z Jackiem decydujemy, że czas je zdjąć i chwilowy postój.

Las o nas dba. Roztacza nad nami parasol niczym mama, gdy byliśmy mali. Biegniemy i słyszymy, że pada, ale tego nie czujemy! Las jest naszym sprzymierzeńcem, opiekuje się nami i nastawia liście, by bronić nas przed deszczem. Deszcz co jakiś czas próbuje polemizować i padać mocniej, by spróbować nas przemoczyć, ale w końcu rezygnuje!


Na 8 km zaczyna się pierwszy mocny podbieg. Tak samo jak wszyscy inni zaczynamy iść. Zbyt dużo relacji przeczytałem przed biegiem, by próbować biec na podejściach. Kończy się gdzieś koło 13 km i znów bieg. Od tego momentu, aż do Cisnej, będzie cały czas karuzela. Góra, dół, góra, dół. Zaliczamy pierwszy punkt żywieniowy i ktoś mnie serdecznie wita! O cholera kumpel ze szkolenia z BnO z Poznania. Lecimy dalej i ja już czekam na przepak w Cisnej. 

Jeden z trudniejszych zbiegów na trasie
Chcę suchą koszulkę, chcę pepsi, chcę batona, chcę na chwilę usiąść. Pomału zaczyna do mnie machać jeden z niewielu kryzysów na tym biegu… W końcu jest!! Przepak Cisna!


Mamy z Jackiem dokładnie omówiony plan na przepak. Szybko sprawnie i na temat. Sucha koszulka, pepsi na przepaku + pepsi do plecaka, baton, kijki i spadamy. Wybiegamy i w drodze regulujemy długość kijków. Zapędzamy się i przebiegamy przez nasyp, zamiast skręcić w prawo. Na szczęście inna para nas woła i już znów jesteśmy na trasie. Na początku trochę mokro, trochę błota, aż w końcu zaczyna się pierwsze podejście pod górę Jasło. Na przepaku odczytuję 2 mesy, które dodają mi sił i ruszamy z Jackiem jak przecinaki. Kijek, noga, kijek, noga – idziemy jak dwie dobrze naoliwione maszyny. Wyprzedzamy wszystkich. Niestety już całkiem niedługo okaże się, że za to zapłacimy… 

Gdzieś koło 38 km Jacek zaczyna narzekać na kolano… Ale suniemy dalej. Kolejny przepak to Smerek. Zaczynamy kosmiczny zbieg po błocie. Ostro i ślisko. Moje czwórki wyją serenady do księżyca i dyskutują ze mną czemu im to robię… Wciąż im obiecuję, że już lada moment koniec, a one pytają, czemu nie eksplodowały 5 minut temu… W końcu już cali na dole zaczynamy bieg po drodze Mirka na przepak. Jacek już po 2 tabletkach voltarenu, które dostał od przesympatycznej pani na trasie, więc biegniemy ramię w ramię.

Po drugim przepaku :)
W końcu przepak. Wciągam jedyną słuszną koszulkę, czyli Smashing Pąpkins :) Specjalnie zostawiłem ją na ostatni przepak, by w niej kończyć. Stwierdziłem, że wcześnie nie będę na nią zasługiwał… Na przepaku 3 kubki pepsi, wymarzona bułka z szynką, pepsi z własnych zapasów do plecaka i power bomba. Wybiegamy i znów pod górę. 


Gdzie indziej takie rzeczy? :)
Widzę, że Jacek już walczy. O ile pod górę idzie dość sprawnie, to na płaskim biec nie może, o zejściach nie wspominając… Wdrapujemy się na Wetlińską, a mnie zapiera dech w piersiach. To był mój trzeci raz w Bieszczadach, ale za każdym razem padam, gdy widzę te panoramy. Może i nie są najwyższe, najbardziej strome, czy najbardziej wymagające… Ale są moimi ulubionymi górami! Szkoda tylko, że tak daleko! Ich dzikość za każdym razem robi na mnie niesamowite wrażenie! 

 
Jak się nie zakochać w takich widokach???
Zatrzymuje się czekając na Jacka, a pani za mną zaczyna się ze mnie żartować "o jaki banan na twarzy!" No co ja za to mogę, że góry na mnie tak działają?? 

 
A morale w zespole spada… Jacek mocno walczy ze swoim kolanem. Wypsikaliśmy już ponad pół spreju chłodzącego, który był w zestawie startowym. Znamy się nie od dziś, więc mu obiecuję, że jak dotrzemy na koniec Wetlińskiej do schroniska Chatka Puchatka, to stawiam piwo :) Morale znów skacze i schronisko wciąż się zbliża. W końcu docieramy i realizuję obietnicę. Zatrzymujemy się, kupujemy po piwie i delektujemy się widokiem gór :) Boże jak tu jest pięknie… 


Planowaliśmy na tę przerwę 10 minut, jednak zeszło ciut dłużej. I na tym postoju popełniłem największy błąd na biegu! Usiadłem… Zbieg do Bereh był masakrą. Mięśnie zbyt mi popuściły i dopiero w połowie zbiegu znów byłem sobą. Co było i tak niczym w porównaniu z tym, co przeżywał Jacek… Przed startem byliśmy umówieni, że gdy któryś z nas odpadnie, drugi opiekuje się nim do punktu lub GOPR, a dalej leci sam już jako turysta. Patrząc na tym etapie zbiegu na Jacka byłem już o tym przekonany… W końcu są Berehy!

Dwa kubki tigera, Jacek dostaje jakieś tabletki, chłodzenie plus żel i mówi, że lecimy dalej! Podziwiam go za dawkę tej sportowej złości, i zdecydowanie by ukończyć mimo wszystko. Od dawna już nie biegniemy. Podejście pod Caryńską jest długie i mocne, ale wchodzi łatwiej niż odległość powinna na to wskazywać….. 

Odpowiedź na pytanie, czy podejście pod caryńską boli :P
Patrzę na garmina i zaczynam się martwić… Mało czasu zostało, by się w limicie zmieścić… 

 
Na najwyższym wzniesieniu połoniny oddaje Jackowi moją power bombę. Ja mam jeszcze sporo sił, a mu się zdecydowanie bardziej przyda. Caryńska mija i zaczynamy zbieg. Ostatni, decydujący, ale też ten na którym wszystko może się skończyć… Wolę nie patrzeć na Jacka! Wiem, że daje z siebie 120% normy. Zastanawiam się, czy ja bym też tak umiał…  W końcu kibice, most, schody i meta! UKOŃCZYLIŚMY Rzeźnika! Aż do dzisiaj ciężko mi w to uwierzyć!Czas na mecie 15 godzin 34 minuty :)
 
Szczęście na mecie :)
Ten bieg był moim marzeniem od dawna. Słyszałem o nim jeszcze zanim tak naprawdę zacząłem biegać. Wiedziałem, że jest gdzieś garstka wariatów, którzy z własnej nieprzymuszonej woli biegną prawie osiem dych po górach. A teraz zostałem jednym z nich! Zostałem Rzeźnikiem :)

Ten gliniany medal od dawna był moim marzeniem! :)
Dlaczego ten bieg przyszedł mi dość łatwo? Sam nie wiem. Adrenalina, chęć spełnienia marzenia – na pewno tak. Jacka kontuzja też mi to ułatwiła. Nie wiem, jak by było, gdybyśmy więcej biegli. Ale też chyba to był po prostu mój dzień. Ten dzień, gdy nic złego nie może się wydarzyć. Taki, w którym przeciwności nie istnieją, a wszystko układa się jak najlepiej :)

Ursa Maior - Dom Wielkiej Niedźwiedzicy uwarzyli na ten bieg świetne piwo!  Niesamowite uczucie, gdy po przekroczeniu mety dostaje się medal na szyję i od razu piwo do ręki :) I gdy się pije Rzeźnika na mecie Biegu Rzeźnika :)


Bieszczady kocham od dawna. Już obydwaj stwierdziliśmy, że za rok na Rzeźnika wracamy zrobić lepszy czas! A w Bieszczady jednak wrócimy szybciej niż myśleliśmy, bo już w październiku na Ultra Maraton Bieszczadzki :) I już nie mogę się doczekać :)

Bieganie ultra mnie absolutnie pochłonęło! To nie jest bieg z wzrokiem wlepionym w garmina i ciągłym kontrolowaniem tempa, jak na maratonie. To zupełnie inna jakość, inne przeżycia, inny poziom biegowego odpłynięcia. Coś w czym się zakochałem bez granic :) Przyszły sezon zapowiada się długodystansowo :)

I track z endo :) 

Strój:
- buty Brooks Cascadia + stuptuty Inov8 Debricoc 38,
- opaski kompresyjne CEP,
- bokserki oddychające + spodenki CEP,
- 3 koszuli – z maratonu w Palmie, z tri w Sierakowie i najważniejsza, czyli koszulka Smashing Pąpkins,
- buff z Biegu Rzeźnika,
- kurtka Inov 8,
- plecak Camelback,
- garmin 310.

Żywienie:
- śniadanie w hotelu,
- zestaw Powergym, czyli przedstartówka ENERGYPLUS na 40 min przed startem + ISOPOWER w bukłaku,
- kilka puszek pepsi,
- batony energetyczne,
- bułka na przepaku.