8:55 – wysiadamy
z samochodu i zaczynamy z Luizą biec w kierunku Malty!
8:57 – dobiegamy
do schodów prowadzących już do Malty i w tym momencie uzmysłowiłem sobie, że
nie wziąłem chipa z samochodu… Młoda szybko dzwoni do Bartka, by wracał autem
tam gdzie nas wysadzał, a mi każe biec z powrotem.
9:00 – dopiero
co odbiegłem od Młodej do samochodu i słyszę strzał armaty, czyli wszyscy
zaczęli płynąć! Wracam zrezygnowany do Młodej i mówię, że to bez sensu etc.
Opieprza mnie, że nie po to tu jechaliśmy i każe biec po tego cholernego chipa.
Więc biegnę :)
Wracam szybko i
biegniemy razem do startu pływania, jednak przez ilość kibiców i bramki nie
możemy przejść dalej… Szybka decyzja – próbujemy od strony strefy zmian.
Dobiegamy tam, ale znów drogę zagradzają nam barierki. Na szczęście widzę panią
sędzię w strefie i ją wołam. Tłumaczę, że samochód rano nie odpalił i pytam,
czy jest jeszcze możliwość bym wskoczył do wody. Mówi, że taką decyzję to tylko
sędzia główny może podjąć, ale nie wie gdzie jest. Na szczęście był w strefie i
się zgodził pod warunkiem, że ukończę w regulaminowym limicie 1:30. Pytam ile
czasu minęło. W odpowiedzi słyszę, że 15 minut, więc mówię, że dam radę się
zmieścić! Szybko ubieram piankę (jeszcze nigdy jej tak szybko nie wciągnąłem) i
z inną panią sędzią biegnę do miejsca gdzie zaczynali płynąć. Skakanie przez
barierki w piance mogłoby zostać dyscypliną olimpijską :P
9:22 – wskakuję
do wody i zaczynam płynąć!
PŁYWANIE
Na początku
płynie mi się fatalnie… Próbuję kraulem, tracę orientację, zaczynam żabą – też
fatalnie… Nagle koło mnie wyrasta jeden ratownik, zaraz drugi i trzeci. Czuję
się jak inwalida pływacki, że aż taka obstawę muszę mieć :) Przechodzę do żaby
i żartuje z nimi, że jeszcze się nie topię, tylko się spóźniłem :) Do pierwszej
bojki jakoś dopływam, do drugiej też i w końcu w kierunku mety! I tu nagle coś
się stało! Zaczęło mi się dobrze płynąć :) Daję kraulem cały czas, meta coraz
bliżej, aż w końcu wychodzę :)
T1
Dość sprawnie
bez żadnych kłopotów, ale wolno:)
T1 w 5:03.
ROWER
Zaczynam jechać.
Specjalnie w sobotę nie zostawiałem picia by wlać je dopiero w niedzielę rano,
a koniec końców zostałem bez łyka czegokolwiek. Myślę – no trudno, do
pierwszego bufetu w Kostrzynie dam radę. Na zakręcie kibicuje Krasus z NKŚ i
dodają sił :) Wyjeżdżam na warszawską i jadę w absolutnej samotności. Dziwnie
tak się jechało rowerem zupełnie samemu po pustej dwupasmówce. Śmieję się sam
do siebie, że o „samotności ultramaratończyka” to wiem, ale o „samotności
triathlonisty” to jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem :P Niestety wieje prosto
w twarz, więc nie rozpędzam się tak jakbym chciał. Poza tym, brak mi zasilania…
Przez poranne perypetie ze skodą nic jeszcze tego dnia nie zjadłem…
W połowie trasy
do Kostrzynia czuję, że naprawdę muszę się napić i jakby wywołany moimi myślami,
pojawia się samochód obsługi i chłopacy pytają się czy chce pić. Mówię, że
bardzo i dostaję od nich butelkę wody :)
W Kostrzyniu na
nawrocie łapię izo i 2 żele. Żele do torebki, a izo w bidon i pedałuję dalej :)
Jedzie mi się naprawdę kiepsko. Sędzia główny przed startem powiedział abym po
włączeniu garmina nic nie zmieniał, bo na tej podstawie mnie zweryfikuje po
zawodach, więc nie mam pojęcia z jaką średnią jadę. Generalnie szału nie ma…
W końcu znów
Poznań, nawrót i zaczynam drugą pętlę. Przy skręcie na Maltę widzę Młodych.
Luiza podaje mi powerbombę, ale niestety nie łapię jej i ląduje na asfalcie.
Kawałek dalej jest serwis Shimano i zatrzymuje się przy nich by mi opony
dopompowali. Też miałem to zrobić rano, a czuje, że jest za małe ciśnienie.
Druga pętla bez
większych przygód. Do Kostrzynia znów pod wiatr, z Kostrzynia z wiatrem. Od
pierwszej pętli różni ją tylko to, że zaczynają mnie plecy boleć i coraz
mocniej chce mi się jeść. W Kostrzyniu na nawrocie wciągam drugi żel, a trzeci
tuż przed końcem roweru.
Na zjeździe na Maltę znów widzę Młodych. Tym razem
łapię powerbombę i szybko wypijam.
Rower w 3:12:58,
czyli średnia poniżej 30 km/h, więc znacznie poniżej moich oczekiwań…
T2 w 2:37:24.
Zostawiłem szosę, zmiana butów, kasku na czapkę, numer na przód i w drogę.
BIEG
Zaczynam bieg i
od razu uderza mnie fala gorąca. Widzę, że większość zawodników koło mnie ma
worki z lodem, ale nie mam pojęcia skąd je wzięli. Niedaleko za startem jest
pierwsza kurtyna wodna i mocno zwalniam by się ochłodzić. I tak już będzie do
końca biegu tego dnia… Naprawdę nie za bardzo jest co opisywać… Po prostu
umarłem, odcięło mnie absolutnie. Człapiąc w tempie po 6:30 lub wolniej, nie
miałem siły nie tyle przyspieszyć, co w ogóle trzymać tempa. Wielkie
podziękowania dla ludzi, którzy z własnej woli rozłożyli się z wężem i wodą
przy połowie pętli i polewali zawodników wodą oraz dawali pić.
Dobiegam do
Młodych, na chwilę się przy nich zatrzymuje, biorę łyk wody i biegnę dalej.
Na
końcu pętli słyszę „o Michał biegnie” i widzę Łukasza, którego poznałem na
majówce. Wielkie dzięki za doping! Dodawaliście sił :)
Drugie i trzecie
kółko zupełnie bez historii. Nic się nie zmieniało poza tym, że czułem się
coraz gorzej. Nie miałem na nic sił. Na drugim kółku chciałem zabrać worek z
lodem, ale się skończyły. Kawałek dalej w cieniu widzę jeden całkiem pełny na
ziemi, więc długo się nie zastanawiając podnoszę go i wkładam sobie na kark. Na
końcu drugiego kółka widzę Krasusa walącego w Garnek Mocy!!! :) I słyszę jak
krzyczy: „Michał Turek, Polska” :P To się cuda dzieją, Krasus z garnkiem mocy –
pomyślałem :)
Na trzecim kółku
podbiegam do Młodych i zakładam przygotowaną już wcześniej przez nich
pą-koszulkę! Jeśli cokolwiek ma mi dodać sił to właśnie koszulka mocy.
![]() |
Dorota wciąż uważasz, że jestem fotogeniczny?? :P |
Ale tego
dnia nic mi sił nie dodawało… Ani pą-koszulka, ani power bomba! Ochłodzenie
dawały kurtyny wodne, ale po chwili już znów byłem suchy i dalej droga przez
mękę…
BIEG w 2:37:24 –
czyli absolutna masakra… To jest prawie 50 min gorzej niż moja życiówka w
półmaratonie. Doskonale wiem, że połówka i tri to nie to samo, jednakże taki
bieg i tak nie powinien mi się przytrafić.
Zawody były
bardzo fajnie zorganizowane. Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie pozaklejane tory
tramwajowe, by jak najgładziej przejechać. W porównaniu z tym co było w
Szczecinie to był dzień do nocy. „A jednak się da” – pomyślałem, jak to
pierwszy raz zobaczyłem. Generalnie cała trasa rowerowa jest bardzo fajna i
szybka. Zamknięcie całej dwupasmówki w obu kierunkach nie mogło być łatwym
przedsięwzięciem, ale rezultat był super.
Mam mały problem
z czasem w jakim ukończyłem. Według garmina 6:51:05, według oficjalnych wyników
7:13:27. Czas z garmina Młody podał sędziemu głównemu po ukończeniu zawodów,
ale niestety nie został on uwzględniony w ostatecznych wynikach mimo, że taka
była umowa. A tuż po poztri był Woodstock, więc wyniki sprawdziłem długo po
czasie gdy można było się odwołać. Czyli według garmina poprawiłem moją życiówkę
o siedem minut z kawałkiem.
Czy ja jestem
zadowolony z tych zawodów? Nie.
Czy powinienem
być? Po przeanalizowaniu na spokojnie – chyba jednak tak. Przy ilości rzeczy,
które się zmówiły by źle pójść, przy porannych nerwach, braku porannej kawy (bez
której nie funkcjonuje), przy braku śniadania i tylko 3 żelach na trasie samo
ukończenie powinno być dla mnie sukcesem.
A złamanie „szóstki”?
Wiem, że jestem na to gotowy, wiem, że 5:xx:xx to powinny być moje czasy na
HIM. I do rzeźnika wszystkie moje treningi zapowiadały, że tak będzie, ale
później splot różnych okoliczności troszkę mi plany pokrzyżował. A, że długo
się zbierałem do napisania tej relacji, to teraz wiem, że do Borówna jadę tylko
po fun z zawodów. Na złamanie 6h przyjdzie czas w przyszłym sezonie! I będzie
to jeden z moich głównych planów na kolejny sezon :)
Tradycyjnie jeszcze
track z endo. Specyficznie, bo bez rozdziału na dyscypliny tylko zbiorczo.
SPRZĘT:
PŁYWANIE:
pianka Blueseventy Reaction
ROWER:
CROSS Vento 3 z lemondką +
opony Conti 4000S
BIEG:
Buty Brooks PureFlow
Okulary
Solano z tri w Borównie i czapka Nike
STRÓJ:
ZOOT +
kompresy CEP + Garmin 310
ODŻYWIANIE:
Pozostawię
bez komantarza…
3 żele
AGISKO na rowerze