To były
niesamowicie dziwne zawody… Jeszcze nigdy na żadnych zawodach wszystko nie
układało się tak, jak nie powinno! No może poza Dębnem…
Dojeżdżamy z
Młodymi w sobotę wczesnym popołudniem. Odbiór pakietu startowego (bardzo fajny)
i zakupy na expo.
![]() |
W oczekiwaniu na start w strefie :) |
Okazuje się, że mojego ulubionego zestawu startowego nie ma,
więc z Łukaszem z endushopu kombinujemy nowy. Power bombę można było kupić luzem,
Agisko były, więc pozostaje kwestia izo na trasę i przedstartówki. Izo polecone
przez Łukasza, a przedstartówka z enervita, jak przed połówkowaniem w Wawie. Jest
dobra, ale jednak nie umywa się do mojej ulubionej. Już na pływaniu czuje braki
i od razu na rowerze wciągam pierwszy żel.
Centrum imprezy
było usytuowane na bulwarze przy Odrze. Ładnie i malowniczo. Nic, póki co, nie zapowiadało oceny,
jaką wystawię na końcu…Robimy, co mamy do zrobienia. Szosa do strefy, rzeczy do
strefy, jedziemy do hotelu i wracamy do miasta. Na hotel spuśćmy zasłonę
milczenia, bo za taką cenę powinno być coś więcej niż łóżko w pokoju…
Rano jedziemy dość
wcześnie. Wchodzę do strefy, ostatnie sprawdzenie ciśnienia, wlanie izo –
generalnie ogarnianie sprzętu.
![]() |
Znajdź pąpkinsa na odprawie :) |
Chwila krzątaniny i zbliża się 9, czyli godzina
startu pierwszej grupy. Start, tak samo jak w Sierakowie, był w formule
barcelońskiej. O 9 i 9:15 dwie tury krótkiego dystansu, a o 9:30 długi. Tuż
przed 9 wciągam piankę i idę na start. A tam opóźnienie… No ok… Zdarza się.
Czekamy i czekamy, a co chwilę zapowiadają, że to już za moment, więc nie ma
sensu się rozbierać… A słońce coraz większe… MASAKRA! Ciężko sobie to
wyobrazić, ale moi tri-czytacze zrozumieją… Wyobrażacie sobie stać w zapiętej
po kark piance pół godziny na pełnym słońcu??? Też sobie tego nie wyobrażałem! W
sumie miało to jeden plus! Nie było możliwości nalania wody do pianki, ale
ilość potu skutecznie to wynagrodziła :P
W końcu o 9:30
startuje pierwsza grupa. Ruszają i prawie od razu pada hasło, że czasy pomiędzy
startami zostaną skrócone i 2 grupa ma wchodzić. Udało mi się wejść w czołówce
i trochę się do wody przyzwyczaić. Nagle pada hasło, że start za minutę i
prawie od razu sygnał startu! Ale, że co? Że już?? No trudno! Płynę. Z relacji
Bartka wiem, że w momencie startu część zawodników z 2 grupy jeszcze nie była w
wodzie (o dopłynięciu do linii startu nie wspominając), a pierwszy z 1 grupy
nie miał którędy wyjść z wody, bo go blokowały osoby na schodach, które jeszcze
nie zdążyły wejść do wody…
Płynie mi się
fatalnie. Pływanie w rzece to jednak nie mój poziom. Bogu dziękuję, że się na
Kołobrzeg nie skusiłem (pamiętacie zdjęcia tych fal???). Po nawrocie przy
drugiej bojce zauważam, że już są blisko ci z długiego dystansu, więc odbijam
jak mogę na prawo… Trochę to daje, ale mimo wszystko i tak momentami jestem
macany. Cholera - na pływanie w pralce to ja się nie pisałem… Po 3 boi nieświadomie
stwierdziłem, że czas na wakacje i zaczynam płynąć ku morzu… Dżizas jak ja się
tam pogubiłem… Ogarnąłem się dopiero widząc, że płynę na łódkę, której mimo
wszystko jednak nie powinno być na trasie… Korekta, 4 boja i do upragnionego
końca!
W końcu schody do wyjścia z wody. Podpływam, wolontariusze mnie łapią za
ręce i wyciągają z wody i przydzwoniłem kolanem o kant schodów… Zaczynam biec
do T1, patrzę na piankę i już mi się wydawało, że podarta, ale na szczęście się okazało, że tylko kolano
ucierpiało :)
Czas, aż wstyd
pisać – 32:56 i 358 msc… No comment…
T1.
Nic ciekawego
się nie wydarzyło… Metodycznie, punkt po punkcie zmieniam co mam zmienić,
chwytam szosę i biegniemy.
Czas: 4:54 min.
SZOSA
Zaczynam jechać
i wydaje mi się, że dość mocno jadę. Ale jakoś nikogo w zasięgu wzroku... Po
takiej stracie z wody jednak to nic dziwnego :( Gładziutka dwupasmówka pozwala
się ładnie rozpędzić. Szczęście jednak nie trwało długo… Orgowie zapowiadali
etap rowerowy jako wolny, trudny i techniczny. A prawda była taka, że był on po
prostu do dupy… W założeniu niwelować trudną trasę miały rzesze kibiców po
drodze. W rzeczywistości było ich tyle co zawsze. Im bardziej się oddalaliśmy
od bazy zawodów, tym mniej. Non stop zakręty 90 stopni, non stop tory tramwajowe,
non stop bruk. Jazda gaz, hamulec, gaz, hamulec, gaz, hamulec…
![]() |
W końcu
wyjeżdżamy kawałek za miasto i normalny asfalt. W końcu mogę się rozpędzić i
czekam na górkę na 11 km. Oj, górki to my lubimy. Podjazd rzeczywiście daje w
kość, ale łykam na nim 7 osób. Zjazd, nawrót i znów powrót na gaz – hamulec. Dość
frustrujące, gdy się na pełnej prędkości mija kogoś na MTB, a za moment na bruku on mija ciebie z uśmiechem
na ustach… Jeszcze nigdy, przenigdy nie
widziałem na zawodach tylu osób prowadzących szosy lub zmieniających
dętki! Nawrót na druga pętlę i znów to samo. Cały czas udaje mi się wyprzedzać,
ale też cały czas muszę co chwilę hamować. Wkurza mnie niska średnia, więc co
tylko się rozpędzam duszę w stójce ile mogę. Łykam kolejnych zawodników.
Dojeżdżamy
do beczki nawrotowej na drugiej pętli i znów coś, co się nie zdarza… Wciskam
przez przypadek garmina w lemondkę i czary mary jestem w T2… Cholera… Jadąc
resetuję wszystko, przestawiam garmina na bike i jadę dalej. I tak sobie jadę,
jadę po w miarę płaskim, w końcu podoba mi się średnia, wciąż mijam zawodników.
I wisienka na torcie trasy rowerowej… Zielony van na mojej drodze… Przerzucam
ręce z lemondki na manetki i wciskam hamulce do oporu! Niestety nie udaje mi
się zatrzymać. Na tracku z garmina później widzę, że hamowałem z 37 km/h prawie
do zera… Prawie jednak robi wielką różnicę… Uderzam w przednie koło samochodu,
wybija mnie i łapię się maski. Patrzę na
kobietę za kółkiem, a ta z przerażeniem w oczach zaczyna cofać. To były
ułamki
sekund… Nie zdążyłem wypiąć SPD-ków i razem z szosą lądujemy na glebie…
Jeden
mi się w międzyczasie wypina i tak sobie leże próbując wyczepić
drugiego. W
końcu się udaje, i muszę się przyznać, że nie zachowałem się
kulturalnie…
Otwieram drzwi od strony pasażera i – cytować nie będę – w krótkich,
żołnierskich słowach pytam, czy pani odbiło… Trzaskam drzwiami,
sprawdzam szosę
i ok, możemy jechać dalej. Widzę wolontariusza pytającego się pani, czy
jest
ślepa i policjanta idącego do niej. Całe szczęście szosa cała, tylko
kolejne
kolano poharatane.
Wpinam się w SPD-ki i dość szybko łapię osoby, które
mnie w tym czasie wyprzedziły. Za chwilę koniec roweru, więc sięgam po
powerbombę.
Otwieram i w tym momencie wpadam w dziurę… 2/3 zawartości mam na ręce…
Wypijam
co zostało i tak patrzę na swoją rękę, że całkiem sporo tego jest… Widok
gościa
na rowerze, który jadąc dokładnie oblizuje swoją rękę musiał być
bezcenny…
ROWER w :
1:33:58 i 157 msc
T2
Schodzi mi
dłużej niż zamierzałem, gdyż przy płocie pojawia się Luiza, a ja mam tyle
emocji w sobie po zderzeniu, że przebierając buty musiałem trochę się wygadać…
Czas: 1 min
BIEG
W końcu coś, co
mi poszło!
Upał był
niebotyczny! Rozpinam trisuit, i zaczynam biec. Czuję ten rower, ale wiem, że
za chwilę minie. Na pierwszym pkt żywieniowym wypijam wodę i biegnę dalej. Na
cholernym podbiegu jest dwójka kibiców, którzy wszystkich polewali wodą z
spryskiwacza. Takiego normalnego jak do kwiatów! Życie ludziom ratowaliście!
Dzięki :)
Co jakiś czas
kogoś mijam, choć upał daje mi się we znaki… Na kolejnym punkcie wypijam kubek
wody, kubek wylewam na plecy i kubek na głowę, a dziewczyny mi mówią, że dalej
są gąbki! Cholera czemu ja ich wcześniej nie widziałem. Pierwszy raz w historii
moich startów z nich korzystam. Jedną
pod czapkę, drugą z przodu pod trisuit i jest lepiej. Woda z nich cieknie i
daje niesamowite uczucie chłodzenia :) Bieg po bruku nawet nie jest taki straszny,
jak myślałem że będzie, oglądając go dzień wcześniej.
Niestety gąbki wysychają
w tempie absurdalnym i po chwili znów jest mega skwar. W cieniu jeszcze daję
radę biec, ale w momentach pełnego słońca jest walka. Aż tu nagle przebiegamy
przy remizie straży pożarnej i strażacy polewają wszystkich z węża :) Znów wracają
siły i można przyspieszyć. Przez jakąś chwilę biegnę razem z innym zawodnikiem
i razem narzekamy na to, jak trasa rowerowa wyglądała.
Kończę pierwsze
kółko. Jak zwykle, tam gdzie są kibice dostaję animuszu i biegnę szybciej :)
Niestety po zrestartowaniu garmina nie mam pojęcia jaki mam czas ogólny… Na
prostej wzdłuż Odry w pewnym momencie są włączone prysznice i mega zwalniam, by
jak najwięcej chłodu złapać. Kawałek dalej punkt, więc wypijam wodę i odwiedzam
stoisko z wodą do gąbek! Znów jest znacznie lepiej :) Zaliczam pętelkę na
promenadzie, znów podjazdem dla wózków do góry i lada moment ostatni mocny
podbieg. Widzę kibicujących Młodych, podbiegam do nich i dają mi resztkę swojej
wody, którą wylewam na głowę i plecy. Na podbiegu staram się nie zwolnić za
mocno, ale nie do końca to wychodzi. Choć cały czas wyprzedzam. Nie jest to ten
flow, co w Sierakowie, ale sprawia mi przyjemność. Kółko wygląda prawie
identycznie jak pierwsze.
W słońcu ciut wolniej, w cieniu przyśpieszam, przy
strażakach znów mocno zwalniam, by mnie porządnie wodą zlali. Naprawdę dodaje to
sił :) Powoli zbliżam się do końca, znów są kibice i znów przyśpieszam coraz
mocniej i mocniej jeszcze wyprzedzając. Widzę parę zawodników przede mną, ale
wydaje mi się, że nie dam rady ich dojść. Mobilizuję się i lecę, ile fabryka
dała. Mijam ich, ostatni nawrót i na prostej do mety mega sprint!
Przekraczam linię
mety i JEST!
Dostaję medal jeszcze w biegu prawie taranując panią od medali…
Bieg w 54:24 i
131 msc :)
Kolejne tri doświadczenie
za mną:) Podchodzi do mnie wolontariusz i pyta, czy może mi chipa odczepić.
Ściągając go dotyka mojej łydki i mówi: „Oooo Stary, do basenu i to szybko” :)
Wcale nie musiał mnie zachęcać :) Włażę do basenu tak jak stoję z medalem na
szyi i w butach. Kładę się w tej wodzie tak, że tylko czubek nosa mi z wody
wystaje i leżę z dobre 2 minuty. Cudownie chłodna jest tu woda! Po wynurzeniu
zauważam obok gościa, który pije piwo i ja też chce jedno. Po chwili wracam do
basenu z piwem w dłoni. Siedzę, chłodzę się, piję i gadam z innymi o
wrażeniach, trasie etc. Moja opinie o trasie rowerowej nie jest odosobniona…
W końcu wychodzę
z wody, znajduję Młodych i ubieram jedyna słuszną koszulkę:) Kilka pąpkinsowych
fotek i czekam na otwarcie strefy zmian.
W tym czasie idę do strefy po
hamburgera i naleśniki. Młody ma jeszcze jedno moje piwo, więc je sobie
otwieram do jedzenia! Ale mi ten hamburger smakował!!! :) Siedzimy przy
końcówce trasy, więc podchodzę do barierek i kibicuję każdemu zawodnikowi!
Głównie na trasie są już sami z dystansu długiego.
„Nagle widzę
kogoś z numerem z dystansu krótkiego więc drę się wniebogłosy: „Dajesz, to już
finisz, ogień z du.. i na metę”. Kibicuję sobie dalej, aż słyszę spikera, że
Maciek Dowbor wbiega na metę! I tak sobie myślę, że przecież nikt inny tu nie
przebiegał i idę na druga stronę zerknąć co się dzieje na mecie. I się okazało,
że biegł długi dystans, ale z numerem z
krótkiego. Gdybym wiedział komu kibicuje, może bym kibicował w ciut innych
słowach :P Ale jego 9 miejsce w open na długim robi wrażenie :)”
W końcu
odbieramy szosę, pakujemy się i do domu.
Moim zdaniem tri
w Szczecinie nie był do końca przemyślany. A największe zastrzeżenia mam
oczywiście do trasy rowerowej. Jak to ktoś powiedział, były to zawody na
ukończenie, a nie na ściganie się. Są to chyba moje pierwsze zawody, na które
nie wiem, czy będę miał ochotę wrócić. Jasne, że rozstrzygnie wszystko kalendarz
startów na przyszły rok, ale powinni zmienić trasę rowerową! Ale jeszcze nigdy
nie widziałem na trasie tylu osób zmieniających dętki czy naprawiających inne
rzeczy. Nie do końca tak to powinno wyglądać.
Czas ogólny to
3:08:24. Znacznie gorzej niż tri w Sierakowie. Na początku byłem mega zły na
siebie, ale po przeanalizowaniu na spokojnie stwierdziłem, że mogło być gorzej.
Nad pływaniem muszę popracować (też mi nowość…) bo strasznie przez to tracę. A
na szosie nie dało się tu szybko jechać.