Sam nie wiem, jak opisać ten
bieg… O ile można nazwać to biegiem… Właściwie źle piszę. Jak opisać wiem,
tylko nie wiem, jak do tego doszło. Bo opisać można jednym wyrazem – masakra!
Dębińska masakra biegiem maratońskim… Miała być życiówka, była walka o
przeżycie. Miał być bieg w trupa, był prawie trup. Jak do tego doszło? Sam nie
wiem. Jeszcze nigdy mój organizm nie zbuntował się do tego stopnia. I nie mówię
tu o ścianie maratońskiej. To jest do przeskoczenia. Tym razem wszystko, co
mogło pójść nie tak, poszło nie tak. I gdyby nie fakt, że zależy mi na zdobyciu
Korony Maratonów Polskich w ogóle bym nie wybiegł na drugie kółko. Kilka
kilometrów już przebiegłem i znam swój organizm, a zaczynając drugie kółko
wiedziałem, że będzie rzeź. Tylko nie wiedziałem, że aż taka…
Ale od początku. Do Dębna
śmigamy w sobotę z moimi współbiegaczami, z którymi razem zdobywamy koronę,
czyli Pawłem i Jackiem. Spokojnie dokulaliśmy, poszliśmy po odbiór pakietów
startowych (standard + koszulka - niestety bawełna, ale bardzo ładna +
niespodzianka proporczyk z maratonu – zawiśnie u mnie w pracy:)) Expo było
minimalne i żele były sprzedawane na 2 czy 3 stolikach. Niestety żeli
„Enervit”, które tak sprawdziły mi się tydzień wcześniej, już nie było. Biorę
jakiś wynalazek + glukozę, którą już brałem na maratonach. Opuszczamy Pasta
Party i jedziemy do Gorzowa Wielkopolskiego na nocleg. Ciut zbyt późno się
zainteresowaliśmy noclegiem i nie było nic wolnego w pobliżu. Jak się okazało
rano na śniadaniu nie tylko my z biegaczy tam spaliśmy. Wieczorem własne Pasta
Party, szykowanie sprzętu i do spania.
W niedzielę rano dojeżdżamy do
Dębna jakieś pół godziny przed biegiem. Wciągam ostatnie ciastko owsiane od
mojej mamy i śmigamy na start.
![]() |
Owsiane ciastka mocy mojej mamy :) |
Robię sobie rozgrzewkę – wow nie boli mnie stopa
naciągnięta na połówkowaniu w Warszawie. Jest super:)
Chwilę oczekujemy na start i w
drogę.
Zaczynam razem z Jackiem, jednak gdzieś po 2 km go gubię. No trudno –
jeszcze go dojdę. Pierwsze km wpadają mi w okolicy 5:30–5:32, czyli tak jak
chciałem. Biegnie mi się całkiem fajnie. Dużo kibiców naprawdę robi świetną
atmosferę. Wiem, że wszyscy tak piszą i może już brzmieć banalnie, ale to
miasto naprawdę żyje tym maratonem. Na zakręcie przed 7 km widzę Jacka i myślę
sobie, że wcale daleko nie uciekł. Wybiegamy z miasta i lecimy w kierunku wsi
Dargomyśl. Gdzieś w okolicach 10 km wciągam pierwszą glukozę i… i zaczyna się
droga przez mękę. Mój żołądek momentalnie się buntuje i zaczyna szaleć. Nosz
cholera – co jest??? Brałem już glukozę na zawodach i było wszystko ok. Staram
się lecieć swoje, ale jest coraz trudniej. A żołądek wciąż do mnie gada… Mimo
wszystko staram się wciąż biec dobrze.
16 km – a jednak moja stopa
się do końca nie wyleczyła. Naciągnięty w Warszawie mięsień zaczyna się znów
odzywać. I mniej lub mocniej czuję to przy każdym kroku już do końca. W tym czasie
staram się coś zjeść. Cokolwiek! Niestety przy każdym gryzie czegokolwiek
żołądek mnie ostrzega, że jeśli wezmę jeszcze jeden, to się to dla mnie źle
skończy. Cholera nie wierzę – banany też nie?!?!?! Cały Poznań przebiegłem na
bananach i kostkach cukru i było ok… A mój żołądek ma coraz lepszą zabawę i
zaczyna się buntować też na izo… No ok. Akurat tym razem na trasie jest słodka
herbata, więc może jakoś będzie. Gdzieś w okolicach 19-20 km mija nas pierwszy
zawodnik. Dość deprymujące widzieć, że on kończy w tempie, którego ja nawet na
dychę nie mam… Choć mimo przeciwności, jak później sprawdziłem na stronie
maratonu, połówkę przebiegam w tempie na wynik 3:58 na mecie.
Wbiegamy znów do Dębna, znów
są kibice i jakoś dodają mi sił. Jadę już na oparach i wiem, że będzie źle. I
jak pisałem na wstępie, gdyby nie korona w ogóle bym dalej nie pobiegł. Na 27
km punkt żywieniowy, ale brakuje kubków. No serio? Jak można 41. raz
organizować maraton i nie umieć obliczyć ilości potrzebnych kubków na trasie.
Wolontariusze robią co mogą, by dać nam się napić i leją wodę w nasze ręce. O
nich jeszcze kilka słów na końcu, bo byli niesamowici. Na tym samym punkcie mój
żołądek pokazuje mi na co go stać i pierwszy raz w historii moich maratońskich
startów odwiedzam toi toia.
Cholera naprawdę
się staram biec. Gdy widzę na garminie tempo kolejnych km – powyżej 7 min/km -
klnę na czym świat stoi i powtarzam tylko jeden wyraz – żenada. Na 30 km do
mojej stopy dołącza łydka i teraz mają wspólną imprezę. I tak sobie kuleje już
do mety. Na 31 kapituluję po raz pierwszy w życiu i zaczynam iść. Jeszcze nigdy
mi się to nie zdarzyło. Nawet w Borównie, mimo że byłem już po pływaniu i
rowerze i marzyłem o tym, by zacząć iść. Na 33 próbuję coś zjeść.
Żelu–wynalazku w ogóle nie tykam, więc zostaje mi szybki strzał „Enervita”,
który mi został z Wawy. Po 2 łykach mój żołądek zaczyna się ze mnie śmiać i
tylko pyta czy kpię, czy żartuję. I oznajmia, że jeśli wezmę jeszcze jeden łyk,
to zadba o to, bym się bardzo szybko odwodnił. Oj wchodzimy na wojenną ścieżkę
kolego, ale rozprawimy się później. Na razie chcę tylko ukończyć. Żel ląduje na
poboczu, zamiast tego biorę 2 kubki herbaty i dorzucam do nich dużo cukru.
Udaje się trochę skubanego oszukać i staram się ukończyć. Poza herbatą
tolerował jeszcze pomarańcza. Na orzeźwienie świetne, ale wartości
energetycznych w nich za dużo nie ma… Tempo jest już żałosne. Powtarzam sobie,
że przecież biegnie głowa, że przecież jestem mocny, że do cholery reprezentuję
Smashing Pąpkins!!!!! Pomaga na chwilę, po czym znów odcina mnie totalnie i
zaczynam iść.
38 km – chcę
umrzeć! Jest mi słabo, czuję się obrzydliwie, wiem, że nic nie jadłem i moje
mięśnie zżerają już same siebie. Ledwo człapię, myślami jestem nieobecny.
Staram się nie zemdleć – chcę tylko ukończyć. Wbiegamy do Dębna i kibice dodają
mi trochę animuszu. Ale za dużo to już ich nie ma… Na ostatnim km mobilizuje
się i wydaje mi się, że pędzę jak wiatr wyprzedzając innych. Endo pokazuje
7:12. Jak wiatr? Nawet bryzą bym tego nie nazwał… W końcu upragniona meta i
czas 4:41. Jeszcze nigdy nie było gorzej… Czegoś takiego, jak ten bieg się w
ogóle nie spodziewałem…
![]() |
Upragniony medal :) |
Jakie refleksje? Sam nie wiem.
Sam nie wiem, co się stało, że mój organizm do tego stopnia odmówił
posłuszeństwa. Jeszcze nigdy mi się to nie przydarzyło. Ale staram się z tego
wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jakie refleksje? Że w nawet najlepszym
samochodzie akumulator bez ładowania na trasie padnie. Bez paliwa nie da się
jechać. Bez jedzenia nie da się biegać. Niby proste, ale dotarło do mnie z mocą
tarana. Jakie refleksje? Potwierdzenie starej prawdy, że maraton to nie są 2
półmaratony… Jakie refleksje? Mam do zdobycia korony jeszcze 2 maratony –
Wrocław i Wawę. We Wrocławiu chcę zrobić życiówkę, Wawę przebiec. Nie ukończyć
– tylko przebiec. Nie wyobrażam sobie, by Dębno jeszcze kiedyś mogło mnie
dopaść… A co potem? 1 może max 2 maratony rocznie. W jakimś fajnym miejscu.
Żadnego tak dobrze nie wspominam, jak debiutu w Palmie. A poza tym wolę PMNO,
niż uklepywanie asfaltu. Większy fun, większe wyzwanie, większa frajda. No i
nie zamierzam odpuścić tri :)
KORONA MARATONÓW POLSKICH vs.
JA: 1:3 :)
Dębno przypomniało mi, że
bieganie to wymagająca kochanka… Na którą chwilowo jestem wściekły. W tę
niedzielę bieg Żnina i postaram się rozpieprzyć system nową życiówką! Jestem po
tym maratonie tak zły, że muszę zrobić coś, by wrócić do równowagi…
Kilka słów o wolontariuszach!
Byli niesamowici! Chętni do pomocy, robili co w ich mocy, by choć trochę nam
ulżyć. Na mecie, gdy tylko odsupłałem chipa, zaraz koło mnie wyrosła
dziewczynka mówiąc, że go odniesie. Do siedzącego Jacka podszedł inny
wolontariusz z zapytaniem, czy może pomóc przy chipie. Nie wzięliśmy z hotelu
bonów na posiłek, ale gdy tylko poprosiliśmy, od razu zjawiły się 3 ciepłe
herbaty! Chapeau bas! Takich wolontariuszy nie widziałem jeszcze nigdzie.
Przejętych, zaangażowanych, robiących co w ich mocy by tylko pomóc! Bardzo Wam
za to dziękuję :)